czwartek, 15 września 2016

132. Powstańczy kalendarz 15 września

 Spotkanie Batalionu "Miotła" 1945 rok. Edmund Baranowski najwyższy rzad, pierwszy po lewej stronie
 Trzecia od prawej strony, w białej sukni Urszula Katarzyńska ps. Ula. Koleżanki z tajnych kompletów, rok 1943
Sanitariuszka "Chmiel", dzisiaj Siostra Urszulanka Janina Chmielińska


Wspaniały organizator i doskonały dowódca, potrafił łączyć w sobie młodzieńczą chęć czynu z dojrzałą kontrolą działania
 Ryszard Białous o Andrzeju Romockim ps. Morro
15 września 1944 rok, piątek
Na Czerniakowie zginął hm. kpt. Andrzej Romocki ps. „Morro” - instruktor harcerski, harcmistrz, żołnierz Szarych Szeregów, kapitan Armii Krajowej, dowódca 2. kompanii Rudy batalionu Zośka.
Niemcy, wspierani lotnictwem, czołgami i bronią ciężką starają się odepchnąć Powstańców od linii Wisły, gdzie bronią się resztki "Radosława" i "Kryski".
Zajmując tereny Czerniakowa, Niemcy mordują wszystkich mężczyzn. W zakładach "Citroen" przy Czerniakowskiej zabijają kilkudziesięciu ciężko rannych Powstańców.


Janina Chmielińska ps. Chmiel
Byliśmy już zupełnie bezsilni. 15 września dopłynęli do nas berlingowcy. Radość była ogromna, płakaliśmy ze szczęścia. Liczyliśmy na lekarstwa, materiały opatrunkowe, broń – na konkretną pomoc. Oni płakali, bo bardzo chcieli nam pomóc, nie mogli znieść myśli, że Warszawa płonie, a oni nic nie robią. Nic nam nie pomogli. Przypłynęli na własną zgubę. Mieli tylko pepesze i 72 naboje. Nie umieli walczyć w mieście. Ginęli, a śmierci własnej, mieliśmy zbyt dużo!

Edmund Baranowski ps. Jur
 15 września byłem w niewielkim bunkrze z płyt chodnikowych przy Książęcej. Trzymając lornetkę obserwowałem przez niewielką szczelinę to co działo się dookoła. Było już szaro, ja siedziałem tam od samego rana. Usłyszałem jakiś szmer. Odbezpieczyłem karabin i wyjrzałem z bunkra. Najpierw usłyszałem huk, potem zobaczyłem słup ognia. Poczułem tryskającą z szyi krew. Chwytałem ją do trzymanego w ręku hełmu. Zacząłem wołać naszą sanitariuszkę „Sławkę”. Zjawiła się natychmiast,  była zupełnie spokojna. Wytłumaczyła mi, że to tylko krwotok tętniczy.  Panikowałem, a ona zakładając mi papierowy bandaż zapewniała, że na pewno nie umrę od takiej rany. Rankiem następnego dnia  w szpitalu przy Mokotowskiej założono mi opatrunek.”Sławka” miała rację, nie było zagrożenia życia. Miałem tylko uszkodzoną górną szczękę, lewy policzek i straciłem kilka zębów. Przy Książęcej zostałem do samej kapitulacji.
Katarzyna Kurkowska Katarzyńska ps. Ula
Po śmierci dowódcy opiekowałam się rannymi. Wcześniej nie chciałam być sanitariuszką, mieć do czynienia z rannymi. Wiedziałam, że związane jest to z mnóstwem dylematów moralnych, emocjonalnych. Trzeba było podejmować czasem tragiczne i bolesne decyzje, choćby przy ewakuacjach – najciężej ranni zostawali . Opiekowałam się  rannym kierowcą z „Zośki”, Wiesławem Krajewskim „Miki”. Budynek przy ulicy Okrąg, w którym kwaterowaliśmy, wielokrotnie był atakowany był przez „Goliaty”. Podczas jednego z nich wszystko zaczęło się walić, wszędzie były płomienie. Siedzieliśmy z Wieśkiem pod schodami, to nas uratowało, ale trzeba było uciekać. Chłopak nie mógł chodzić, był ranny w nogi. Wzięłam go na plecy i zaniosłam do piwnicy gdzie  był oddział „Topolnickiego”. Niestety i tutaj ranni nie byli bezpieczni. Spadły pociski, bomby  i wszystko zasypało. Pod gruzami znalazł się pluton pancerny. Filary częściowo przytrzymały strop, ale drzwi zostały zgniecione jak harmonijka. Nie można było ich otworzyć, żeby  wynieść ludzi. Niemcy próbowali przejąć budynek, ale im się nie udało. Uratowanych rannych przenosiliśmy na Wilanowską 18. Potrzebujących pomocy medycznej było mnóstwo, dosłownie mrowie. Nie można było nic zrobić. Skończyły się środki opatrunkowe, prześcieradła (służące za bandaże), lekarstwa, jedzenie, woda.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz