sobota, 10 września 2016

127. Powstańczy kalendarz. 10 września

 Teresa Kuklińska Tyrajska ps. Basia i Eugeniusz Tyrajski, zdjęcie z  2005 rok
Andrzej Gładkowski ps. Ostoja, zdjęcie z września 1944 roku


Cóż utworzyło tę naszą jedność?
Miłość Ojczyzny, miłość do tragicznej stolicy, miłość wolności i polskości. A więc Miłość! Jej potęga obaliła już bariery i przegródki miedzy nami. Jej potęga da nam zwycięstwo!
       „Barykada”

10 września 1944 rok, niedziela
W szpitalu powstańczym przy ul. Marszałkowskiej 75 umiera, wskutek ran odniesionych 29 sierpnia, plutonowy podchorąży Józef Szczepański ps. „Ziutek”), dowódca jednej z drużyn batalionu AK Parasol.
Samoloty sowieckie bombardują lotniska na Bielanach i Okęciu. Dochodzi do pierwszej walki powietrznej nad Warszawą.
Jeden z samolotów niemieckich zostaje zestrzelony i spada do Parku Łazienkowskiego.

Marian Gałęzowski ps. Szeliga
Jedna z moich trzech sióstr była w Warszawie, na Wilczej. Wpadłem do niej na chwilę. Było coraz gorzej, chciałem  się pożegnać. Przez okno widziałem i słyszałem, modlących się na podwórku ludzi. Śpiewali bardzo smutne pieśni. Siostra stała obok i płakała. Nie wiedziałem czy jeszcze kiedyś się zobaczymy, czy wrócę kiedyś do domu. Nie myślałem jednak o sobie, ale o ludziach, za których czułem się odpowiedzialny, których wiele razy prowadziłem do walki. Ile jeszcze wytrzymamy?
Po śmierci „Harnasia” i wycofaniu się z kościoła św. Krzyża, czuliśmy się jak sieroty. Każdy dzień był gorszy, nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Spotkaliśmy się z Tadeuszem Macińskim, szefem Stronnictwa Narodowego. Kazał nam odpocząć i czekać na rozwój sytuacji. Poszliśmy do mojego mieszkania na Wilczą, budynek był częściowo zniszczony przez pocisk z Grubej Berty, ale postanowiliśmy tutaj czekać na dalsze decyzje. Zebrała się nas spora grupa, Maciński „Prus” przysyłał do nas ludzi z „Harnasia” i „Gustawa”. Z Wilczej część poszła na Czerniaków, a część na Królewską.

Andrzej Gładkowski ps. Ostoja
Trafiłem w końcu na tzw. „targ niewolników” i zostałem przydzielony do prac porządkowych w mieście Lagow, obecnie to jest Łagów Lubuski.  Pracowałem od szóstej rano, a kończyłem kiedy prace zaplanowane na dany dzień zostały wykonane. Sprzątałem ulice, odśnieżałem. Miałem być skierowany do czyszczenia szamba, jednak zanim to się stało „wypożyczono” mnie niemieckiemu bauerowi Alfredowi Reschke ze wsi Breesen.
Było to doskonale wyposażone i zadbane gospodarstwo. Hodowano tam kilkanaście krów, był traktor i zelektryfikowane obejście. Na stałe pracowała tam polska rodzina spod Łodzi, ukraińska rodzina i francuski jeniec. Ja zostałem przydzielony jedynie na okres wykopków ziemniaków. Zakwaterowano mnie w domku polskich robotników. Ku mojemu zdziwieniu, ale i ogromnemu szczęściu, w moim pokoiku, za piecem znalazłem polską książkę. Był to „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza, wydany w 1913 roku w drukarni W.L. Anczyc  i sp. w Krakowie. Oczywiście była mi to doskonale znana lektura, ale znaleziona w niewoli, stała się skarbem wielkim. Czytałem ją wielokrotnie, wiele fragmentów mogłem cytować z pamięci. Książka ta wróciła razem ze mną do Polski i ciągle znajduje się w moim księgozbiorze.


Eugeniusz Tyrajski ps. Sęk
 Podzielono nas  na trzy grupy: kobiety, mężczyźni od 15 do 50 lat oraz osoby starsze i kobiety z dziećmi. Obawiałem się, że los mężczyzn jest niepewny. W najlepszym wypadku czeka nas obóz koncentracyjny. Powiedziałem o tym kolegom i zaproponowałem ucieczkę. Zgodzili się ze mną, że uciekać trzeba, tylko jak? Jakieś 20–25 metrów od nas stała kolumna kobieca, w której były nasze koleżanki łączniczki. Pilnowali nas wartownicy ukraińscy, spacerujący cały czas wzdłuż oczekujących grup. Pokazaliśmy na migi koleżankom, co zamierzamy zrobić. Z pomocą przyszła nam bardzo sprytna
„Kaja”. Kiedy jeden z wartowników poszedł w kierunku bramy wyjściowej,  zagadnęła drugiego tak, żeby stanął tyłem do nas. Starczyły ułamki sekundy, żebyśmy pokonali odległość dzielącą nas od kolumny kobiecej. Zaczęło się ładowanie do pociągów i okazało się, że wcale nie jesteśmy bezpieczniejsi – Niemcy wyszukiwali mężczyzn kryjących się wśród kobiet. Obok zobaczyłem znajomą buzię dziewczyny. Uśmiechnęła się i przypomniała, że znamy się jeszcze  sprzed wojny. Chodziliśmy do jednej szkoły powszechnej. Pamiętałem, że ma na imię Teresa. Wziąłem ją pod rękę i pomogłem iść, bo miała bardzo poranione nogi. Kiedy zbliżaliśmy się do pociągu i lada moment mieliśmy być w zasięgu wzroku wartowników wpuszczających do wagonów, rozpoczęła się straszliwa ulewa. Z nieba lały się wręcz potoki wody. Byłem tylko w roboczym kombinezonie, ktoś poratował mnie jakimś wierzchnim okryciem, które zarzuciłem na siebie i Teresę. Niemcy zupełnie przemoczeni przestali zwracać uwagę na to, kto wchodzi do wagonu. Byle szybciej załadować. Poganiali i krzyczeli: - Schneller, schneller!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz