środa, 25 maja 2016

55. Śmierć sierżanta podchorązego "Zgody"

Stanisław Pocztarski zdjęcie przedwojenne.

Wśród tych , którzy okupacji i Powstania nie przeżyli, byli bardzo młodzi i starsi. Intelektualiści i robotnicy. Choć mieli różne poglądy polityczne i różne wizje powojennej Polski, nie mieli wątpliwości, że musi być wolna. Raz w tygodniu wspominam tych, którzy sami już nie opowiedzą swojej historii.
Stanisław Pocztarski urodził się w 1902 roku. Był doradcą prezydenta Stefana Starzyńskiego. Jego przedwojenne życie było bardzo szczęśliwe i dostanie. Praca dawała satysfakcję i dobre wynagrodzenie. Rodzina - kochająca żona i trójka dzieci -  radość i wytchnienie.
Pod koniec sierpnia 1939 roku otrzymał wezwanie do stawienia się w Jednostce Wojskowej w Nowym Dworze. Pożegnanie było smutne. Ciężko było się rozstawać. W związku ze swoją pracą, Stanisław miał dostęp do wiedzy na temat obecnej sytuacji Polski. Wiedział, że wojna jest nieunikniona. Najbardziej bał się o żonę i dzieci, zawsze dbał o ich bezpieczeństwo, a teraz musieli sobie radzić sami.
Rodzina na wiele tygodni straciła z nim wszelki kontakt. Walczył na północnych obrzeżach Warszawy, od strony Bielan. To były rejony gdzie mieszkali jego najbliżsi, wiele razy powtarzał sobie, że walczy o swój dom i rodzinę.
Żona Zofia ze smutkiem patrzyła na furmanki, które zwoziły rannych do szpitali polowych. Razem z dziećmi chodziła od jednego do drugiego, szukając swojego ukochanego Stasinka. Chociaż bardzo starała się nie pokazywać dzieciom łez, wiele razy widziały rozpacz matki. Los okazał się dla nich łaskawy. Stanisław wrócił z wojny. Miał na sobie  cywilne ubranie. Za pazuchą ukrytą czapkę z orzełkiem i naramienniki. Resztki „żołnierskiej doli” zakopał w piwnicy.
Wrócił do domu, ale Niemcy nie dali mu spokoju. Jako przedwojenny urzędnik został  wezwany do pracy. W razie nie stawienia się straszyli ciężkimi karami.
Po powrocie z wojny  stracił radość, którą tak bardzo lubiły dzieci. Często opowiadał o wrześniowych walkach. O ludności wiejskiej z okolic Modlina i Nowego Dworu, która dokarmiała żołnierzy. Ze łzami w oczach mówił o wspólnych żołnierskich modlitwach w okopach, które dodawały im siły.
Od początku okupacji związał się z ruchem oporu. Nigdy nie mówił o swoich zadaniach. Czasem przynosił do domu jakieś ulotki, gazetki. Czasem ktoś się zjawiał i wtedy na długo wychodził z domu… Historię swojej konspiracyjnej działalności zabrał do grobu.
Powstanie zastało go w drodze powrotnej z pracy, był w okolicach Nowego Miasta. Przedostał się do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych i tam został włączony do oddziału. Był w stopniu sierżanta podchorążego, miał pseudonim „Zgoda”.
Cały czas myślał, żeby dostać się na Żoliborz, do swojego oddziału w „Żywicielu”. Nie wiedział co dzieje się z żoną i dziećmi. Domyślał się, że starsza córka i syn poszli walczyć.
Wiele razy podejmował próbę, ale udało mu się przedostać dopiero w nocy z 15 na 16 sierpnia. W okolicach Duchnickiej dołączył do swojego macierzystego oddziału. Brał udział w walkach o Instytut Badań Chemicznych. Ciągle nie wiedział co dzieje się z rodziną. W nocy 20 sierpnia, w czasie  potężnego ataku Niemców od strony Dworca Gdańskiego, został bardzo ciężko ranny w głowę. Nie stracił przytomności, krew tamował przykładając do rany ziemię na, której leżał. Do rodziny wiadomość dotarła po 20 sierpnia. Dostarczono go do szpitala przy ulicy Krechowieckiej. Żona codziennie okopami, między barykadami docierała do niego. Najmłodszą córeczkę zostawiała pod opieką dobrych ludzi. Drżała ze strachu czy jeszcze ją zobaczy. Operacja, którą wykonano w piwnicy, nie udała się. Został odłamek, który  uciskał mózg. Ściekały duże ilości ropy, wdała się infekcja. Drugi raz operowany dzięki interwencji pułkownika „Radosława”, już po zakończeniu wojny,  w szpitalu Przemienienia Pańskiego. Lekarze powiedzieli, że jeżeli przeżyje 11 dni, będzie żył. Zmarł jedenastego dnia.

10 komentarzy:

  1. Fajnie, że Twoje pisanie jest w pewien sposób uporządkowane, że masz koncepcję - jak dzisiejszy wpis, gdy raz w tygodniu wspominasz tych, którzy sami już nie opowiedzą swojej historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Ci za komentarze i opinie! To miłe, że podoba Ci się moja praca!

      Usuń
  2. BYŁEM POWSTAŃCEM WARSZAWY RÓWNIEŻ JAK TATA Z ŻYWICIELA,CZYTAŁEM WIELE KRONIK,ALE TAK JAK OPOWIADA O SWOICH BOHATERACH red MAŁGORZATA BUCZEK,NIGDY NIE UDAŁO MI SIĘ PRZECZYTAĆ.WIELKĄ SZTUKĄ JEST W NIEWIELKIM TEKŚCIE TAK DUŻO I TAK CIEPŁO ZRELACJONOWAĆ WYDARZENIA.DROGA MAŁGOSIU BARDZO DZIĘKUJE.TA KRONIKA UMOŻLIWI WNUKOM JOASI I JARUSIOWI,A TAKŻE PRAWNUKOM MARTUSI I RAFAŁKOWI PRZYTULIĆ NASZEGO STASIA ps ZGODA DO SWOICH SERDUSZEK PODOBNIE JAK CAŁA RODZINA,KTÓRA SZCZYCI SIĘ KOCHANYM Śp.STANISŁAWEM POCZTARSKIM BOHATEREM WARSZAWY.BARDZO DZIĘKUJE DROGA MAŁGOSIU .

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WNUCZĘTA.EWUNIA,JOASIA,JUSTYNKA RENATKA,KASIA,JARUŚ I PIOTRUŚ.

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pani Małgorzato, bardzo dziękuje za opisanie historii mojego Pradziadka, którego niestety nie było mi dane poznać osobiście lecz który dzięki Pani twórczości wciąż żyje w pamięci nie tylko rodziny ale również szerokiego grona Pani czytelników. Bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam, Rafał Pocztarski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Rafale, bardzo dziękuję za miłe słowa. Pana Pradziadek i dziadek zasłużyli, żebyśmy o nich pamiętali. Bolg to tylko szkic książek... Pozdrawiam!

      Usuń