piątek, 6 maja 2016

38. "A lato było piękne tego roku..."

 Wakacyjne zdjęcie, Róża Nowotna (Walcowa)
 Janina Gutowska (Rożecka)
Urszula Kurkowska (Katarzyńska) wakacje w czasie okupacji
Halina Dudzik (Jędrzejewska) pierwsza po prawej

Zanim nadszedł tragiczny wrzesień 1939 roku, było lato i wakacje. Dla wielu ostatnie wakacje w życiu. Jak je spędzali?
Róża   Nowotna (Walcowa) jak co roku,część wakacji spędziła u swojej ciotki Haliny Higersberger w majątku Trzylatków koło Grójca. Przyjeżdżała tam cała rodzina. Dla najmłodszych wielką atrakcją były wyjazdy na pikniki do sąsiednich majątków czy jazda linijką (pojazd konny) do Błędowa po ciepły chleb. Beztrosko i szczęśliwie upływał czas. Sierpień spędziła w Zakopanem u ojca. Wakacyjny spokój zakłóciło powołanie ojca do wojska. Były to ostatnie dni sierpnia. Ich pożegnanie okazało się ostatnim w życiu.
Róża przez Kraków pojechała do Płocka, gdzie mieszkała jej matka. Włączyła się do kopania rowów przeciwlotniczych.
Halina Dudzik (Jędrzejewska) razem z siostrą Danką w 1939 roku pierwszy raz pojechały na obóz harcerski w Góry Świętokrzyskie. Halszka (tak się do niej zwracano) miała wtedy 12 lat. Do tej pory wakacje zawsze spędzała pod troskliwym okiem mamy, tym razem musiała radzić sobie sama. Przy rozbijaniu  namiotów pomagali koledzy z sąsiedniego obozu. Wielu rzeczy musiała się uczyć, najgorzej było z przygotowywaniem posiłków. Pierwszy ugotowany samodzielnie makaron, był kompletnie rozgotowany. Czas upływał na grach, podchodach, zdobywaniu  sprawności. Wieczorami przy ognisku śpiewano harcerskie piosenki. Dziewczęta wróciły do domu 30 lipca. Opalone, wychudzone, niedomyte, ale bardzo szczęśliwe.
Urszula Kurkowska( Katarzyńska) latem 1939 roku pojechała na obóz harcerski do Zwierzyńca. Nie było już tak beztrosko jak rok wcześniej. Dużo mówiło się o możliwości wybuchu wojny, czyniono szereg przygotowań. Przed samym wyjazdem zatroskany ojciec dał jej adresy swoich kolegów farmaceutów rozsianych po całej Polsce – tak na wszelki wypadek. Na obozie mniej było beztroskiej zabawy, a więcej szkoleń sanitarnych, ćwiczeń sprawnościowych i na wytrzymałość. Ula wróciła do Warszawy pod koniec lipca. Rodzina odpoczywała w Zakopanem, dołączyła do nich i jeszcze wspólnie spędzili kilka beztroskich dni. Pod koniec sierpnia wrócili do Warszawy przygotowującej się na ewentualność wybuchu wojny.
Ostatnie wakacje przed wojną Janeczka Gutowska (Rożecka) spędziła w Zakopanem. Babcia jej koleżanki prowadziła tam pensjonat i zaprosiła dziewczyny do siebie.  Miały wątpliwości czy powinny jechać, tyle mówiło się o nadchodzącej wojnie. Ojciec Janeczki był zawsze człowiekiem bardzo rozsądnym i spokojnym, zapewniał je, że wojny nie będzie, powinny jechać i odpocząć. Spędziły bardzo piękne i beztroskie wakacje. Jakby chciały odpocząć na zapas, nie dopuszczały myśli o wojnie  Do Warszawy wróciły ostatniego sierpnia. Akurat zaklejano okna paskami papieru na krzyż, miało to uchronić przed wypadaniem szyb w czasie nalotów czy wybuchów. Chociaż wszyscy mówili już o wojnie, to ciągle jeszcze trwały wakacje…
Chłopcy spędzali wakacje na obozach wojskowych. Jerzy Jabłoński w 1939 roku dostał promocję do drugiej klasy Liceum Ogólnokształcącego im. Księdza Jana Długosza we Włocławku. Była to szkoła o bardzo patriotycznych tradycjach. W związku  z zagrożeniem wojną, zorganizowano dla uczniów obóz przysposobienia wojskowego w Borach Tucholskich. Do Włocławka wrócili pod koniec sierpnia.
Janusz Brochwicz Lewiński po ukończeniu szkoły Podchorążych Rezerwy otrzymał dziesięciodniowy urlop . Spędził go w majątku babki w Wołkowysku.
31 sierpnia prawie wszyscy letnicy wrócili już do domów. Nie sposób było nie poddać się atmosferze napięcia i wyczekiwania. Coraz więcej osób miało świadomość, że wojna jest nieunikniona. Kiedy…? 31 sierpnia zasypiano z przekonaniem, że to jeszcze nie teraz…

czwartek, 5 maja 2016

37. Orężem był pędzel, książka, słowo...

 Eugeniusz Tyrajski
 Barbara Piotrowska 1939 rok
 Halina Jędrzejewska ps. Sławka
Witold Kieżun 1939 rok
Już w nocy z 27 na 28 września 1939 roku zaczęło funkcjonować Podziemne Państwo Polskie. Ludziom działającym w jego strukturach przyświecał jeden cel – odzyskanie wolności. Walczyli na różne sposoby. Nie zawsze z bronią w ręku. Orężem mógł być pędzel, książka, słowo…

Barbara Piotrowska Gancarczyk studiowała tajną architekturę. Uczący ich profesorowie chcieli, żeby studenci znali teorię, ale również, żeby odbyli praktyki, a przy okazji wykonali zadania zlecone przez Podziemne Państwo Polskie. Wysyłano ich na tzw. inwentaryzację.  Zostali zatrudnieni w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Dostali specjalne zaświadczenia, które umożliwiały im wyjazd poza Warszawę, w okolice Babic i Zielonki. Mieli inwentaryzować wiejskie chałupy. Ile przybyło ile ubyło, bo od tego naliczano ubezpieczenia. To było zadanie zlecone przez ZUS, ale ich najważniejszym celem było wyszukiwanie w terenie zabytkowych chałup i ich dokładne szkicowanie.  Chłopi nie mogli się nadziwić po co oni to robią. Studenci wymyślali zupełnie niewiarygodne tłumaczenia, ale zadanie wykonali doskonale.

Witold Kieżun wspomina swoje pierwsze konspiracyjne zadanie, które miał wykonać w ostatnią niedzielę października 1939 roku. Razem z kolegą Zbyszkiem Osnyk – Syrewiczem mieli przenieść znajdujące się w skrzyniach granaty. Zostały one ukryte we wrześniu 1939 roku w okolicy Cytadeli. Był spokojny wczesny wieczór, bez problemu przeszli przez fosę i doszli do miejsca gdzie były skrzynie. Zabrali dwie i mieli już wyjść z zagrożonego terenu,  niespodziewanie pojawił się Niemiec.  Zaczął krzyczeć: „Halt”. Skrzynki były bardzo ciężkie, nie dali rady z nimi uciekać. Jedną musieli zostawić.  Kilku Niemców strzelało do nich, ale udało im się uciec.  Granaty zakopali przy ulicy Czarneckiego. Doskonale pamiętali miejsce, naprzeciw szkoły Rodziny Wojskowej. W czerwcu 1944 roku przez dwie noce przekopywali cały teren i skrzyni nie znaleźli, byli przekonani, że ktoś ich uprzedził i zabrał granaty… Znaleziono je w czasie Powstania.

10 listopada 1942 roku, w przeddzień Święta Niepodległości, Eugeniusz Tyrajski i jego przyjaciel Kazik, zaopatrzeni w wiadro, lakier asfaltowy i pędzel, poszli malować kotwice i patriotyczne hasła. Byli przy ulicy Myśliwieckiej. Kazik malował na murze, Gienek trzymał wiadro. Zobaczyli idącą od ulicy Górnośląskiej starszą kobietę. Nie przerwali pracy, bo nic nie wskazywało na zagrożenie. Kiedy dochodziła do nich, zaczęła wrzeszczeć po  niemiecku. Kazik trzymał w ręku pędzel, odwrócił się w jej stronę i maznął ją przez całą twarz. Zaczęli uciekać najszybciej jak mogli. Od Górnośląskiej w ich stronę jechał samochód niemieckiej żandarmerii. Wrzask kobiety zaalarmował Niemców. Biegli ulicą Profesorską, potem schodkami w dół. Strzelali za nimi, ale było bardzo ciemno, Niemcy nie mieli odwagi zapuszczać się zbyt daleko. Gienek i Kazik uciekli, ale na wspomnienie pomalowanej Niemki zaśmiewali się. Patrząc w lustro długo  musiała o nich pamiętać. Jakość farby była gwarantowana. Jeszcze długo po wojnie, na resztkach murów widoczne były  ślady ich pracy. Kotwica namalowana przez nich na murze przy ulicy Myśliwieckiej przypominała tamten listopadowy wieczór.

Halina Jędrzejewska „Sławka” dostała polecenie, żeby pojechała do Małkini i odebrała rannego partyzanta ukrywającego się u miejscowego gospodarza. Znała jego nazwisko i nic więcej. Powiedziano jej, że w Małkini wszyscy się znają i na pewno wskażą właściwy  dom. Na dworcu stało kilka furmanek, za odpowiednią kwotę podwoziły do każdego zażądanego miejsca. Podała nazwisko gospodarza i zapytała czy  furman ją zawiezie. Chwilę pomyślał i powiedział, że niedaleko jest miejscowość, w której mieszka sporo osób noszących to nazwisko. Niestety okazało się to prawdą. Jak miała znaleźć? Przecież nie mogła chodzić od domu do domu i pytać o partyzanta. W pierwszym po krótkiej rozmowie, zorientowała się, że źle trafiła. Miała wiele szczęścia, kiedy tylko doszła do następnej zagrody, gospodarz zorientował się kim jest i po kogo przyjechała.

środa, 4 maja 2016

36. Chciałem by Warszawa była wielka

 Stefan Starzyński, niezłomny Prezydent Warszawy
 Warszawska ulica lata 30 -te.  Henryk Wasilewski z rodzicami i siostą
Warszawa lata 30 - te. Jadwiga Wysocka z rodzicami i bratem


W latach 1939 – 45 Warszawa straciła ponad 700 tys. mieszkańców. Ginęli w czasie walk, zamordowani zarówno przez Niemców i Rosjan, w obozach koncentracyjnych i łagrach. Ginęli z głodu i wyczerpania… W swoim rodzinnym mieście, na terenie Polski, ale i w różnych zakątkach świata. Niektórzy z nich weszli do naszej historii. O niektórych napisano książki, wspomnienia. Wielu żyje tylko w pamięci ludzi, którzy ich znali. Każdy z moich przyjaciół - Powstańców opowiedział mi przynajmniej o jednej bliskiej sobie osobie, której już nie ma. Wśród nich są tacy, którzy zginęli we wrześniu 1939 roku, w czasie okupacji, Powstania, zamordowani po wojnie. Raz w tygodniu będę pisała wspomnienia o tych, z którymi rozmawiać nie mogłam, ale poznałam ich losy.

Niewielu jest Polaków, którzy nie słyszeli o Stefanie Starzyńskim. Piszą o nim w podręcznikach do historii. Fascynował mnie od momentu kiedy zaczęłam interesować się historią Warszawy i losami warszawiaków w latach 1939 – 45. Moja opowieść o niezłomnym Prezydencie Warszawy powstała na podstawie wspomnień Siostry Urszulanki Janiny Chmielińskiej, która doskonale pamięta i osobiście znała Stefana Starzyńskiego. Jej ojciec pracował w Ratuszu jako radca prawny. Druga jego żona Stefania, macocha siostry Janiny, wtedy Ninki, była jego wieloletnią sekretarką. Również ojciec innego zaprzyjaźnionego Powstańca, Sławomira Pocztarskiego był doradcą prezydenta.
Ninka często bywała u rodziców w Ratuszu i wiele razy go spotkała. W jej domu często i dużo mówiło się o nim, zawsze w samych superlatywach. Sympatia była wzajemna, Stefan Starzyński cenił  ich pracę. Stefania Chmielińska została uznana przez niego za najlepszą sekretarkę. Na pamiątkę ofiarował jej zdjęcie z podpisem „Dla królowej sekretarek”. Była z tej pamiątki bardzo dumna, szczególnej wartości nabrało zdjęcie po aresztowaniu prezydenta przez Niemców. Przed śmiercią poprosiła pasierbicę, żeby włożyła jej to zdjęcie do trumny.

Zawsze był człowiekiem bardzo życzliwym i serdecznym. Zarówno dla współpracowników, jak i zupełnie obcych sobie osób. Po śmierci ukochanej żony, kiedy doznał ogromnego cierpienia, wiele robił dla tych, których dotykały tragedie. Jego miłością i sensem życia stała się Warszawa. Popierał i sam opracowywał długoletnie plany rozwoju stolicy. W przedwojennej Polsce pełnił wiele funkcji, był autorem wielu prac naukowych. Większość Polaków zna go jako heroicznego obrońcę Warszawy we wrześniu 1939 roku. Nie opuścił stolicy, ponieważ temu miastu i jego mieszkańcom przysięgał. Do końca pozostał wierny. Organizował cywilną obronę miasta. Jego radiowe przemówienia dodawały mieszkańcom Warszawy siły, wyzwalały wolę walki i nie pozwalały popaść w stan beznadziei. Kiedy patrzył przez okno rozgłośni radiowej przy Zielnej, mówił: - Nic, że moje marzenia zamieniają się w cmentarze, a domy płoną jak zapałki. Jest coś ważniejszego niż mury miasta.

Kiedy do Warszawy weszli Niemcy próbowano chronić Starzyńskiego. Miał propozycję wyjazdu z Polski, zmiany nazwiska. Nie zgodził się, był przekonany, że Niemcy to naród cywilizowany i uszanują urząd prezydenta stolicy.
Dwukrotnie był wzywany na przesłuchanie, za każdym razem wypuszczony. Trzeci raz został zabrany z Ratusza do budynku policji w alei Szucha. Nie wrócił. Jako najbliższą współpracownicę prezydenta, zatrzymano również Stefanię Chmielińską, macochę siostry Janiny. Wypuścili ją, ale przez jakiś czas musiała się ukrywać.
Działające już Podziemne Państwo Polskie i współpracownicy Stefana Starzyńskiego próbowali dowiedzieć się gdzie jest przetrzymywany i pomóc mu. Jedną noc był w więzieniu przy ulicy Daniłowiczowskiej. Udało się zorganizować ucieczkę. Strażnik miał wyprowadzić prezydenta, ale ten nie zgodził się. Pozbył się złudzeń co do Niemców. Nie miał wątpliwości, że za jego ucieczkę zapłacą życiem dziesiątki niewinnych ludzi. Od tego momentu ślad po nim zaginął. Długie lata nie było wiadomo w jakich okolicznościach i gdzie zakończył życie. Było wiele wersji, ale żadna nie była potwierdzona dowodami.
W 2014 roku zagadka śmierci prezydenta Stefana Starzyńskiego została rozwiązania. IPN ustalił, że  Niemcy wcale nie wywieźli go ze stolicy. Został rozstrzelany przez gestapo w Warszawie albo okolicy. Z więzienia przy Daniłowiczowskiej  zabrali go na Pawiak, potem do 23 grudnia 1939 roku przetrzymywany był w więzieniu na Dzikiej. Stamtąd przewieziony w nieznanym kierunku i rozstrzelany.
Stefan Starzyński już po pierwszym przesłuchaniu miał  świadomość, że Niemcy nie dadzą mu spokoju. Wszystkie swoje pieczątki zostawił swojemu zastępcy. Bardzo przydały się działaczom Podziemnego Państwa Polskiego przy wystawianiu fałszywych dokumentów.

wtorek, 3 maja 2016

35. Wierne do końca

 Okienko przez, które Basia i Janka przenosiły Edka
 Sanitariuszka Halina Jędrzejewska "Sławka" przy Książęcej
Róża Nowotna Walcowa, zdjęcie z czasów okupacji 

Sanitariuszki... Przygotowywanie do służby zaczęły w czasie okupacji. Przechodziły szkolenia sanitarne i praktyki w szpitalach. Często studiowały medycynę na  konspiracyjnych uczeniach. Były wszędzie tam gdzie toczyły się najcięższe walki. Po każdej walce zostawali ranni. Bez wahania narażały własne życie, żeby wyciągnąć kolegę spod gęsto lecących kul.  Do końca były wierne składanej przysiędze i lojalne wobec kolegów. Musiały podejmować bardzo trudne decyzje. Wiele z nich do dzisiaj żyje z poczuciem winy w stosunku do tych, którym nie były w stanie pomóc.
Urszula Kurkowska Katarzyńska była łączniczką. Nie chciała zostać sanitariuszką. Obawiała się czy poradzi sobie ze wszystkimi dylematami moralnymi i emocjonalnymi. Jednak kiedy na Czerniakowie trzeba było opiekować się ciężko rannymi, nie zawahała się nawet przez chwilę.
Róża Nowotna Walcowa w czasie okupacji była studentką tajnej medycyny. W czasie Powstania pełniła służbę w szpitalu przy Poznańskiej 11. Z każdym dniem przybywało rannych, nie było miejsc, a personel pracował bez wytchnienia, ponad własne siły. Po kapitulacji lekarze i pielęgniarki opuścili szpital dopiero, kiedy bezpiecznie ewakuowano wszystkich rannych.
Maria Czapska Pajzderska  sanitariuszka w batalionie „Gustaw – Harnaś”, w kompanii „Grażyna”. Była wszędzie gdzie „jej” chłopcy walczyli. Czołgała się między rozrywającymi się pociskami i padającymi kulami. Nie zastanawiała się czy da radę, czy się boi. Przecież przysięgała… Zresztą gdyby nie przysięga to i tak by poszła. Ranni to przecież byli przyjaciele, koledzy. Wiele razem przeszli, oni też by się nie wahali. Do dzisiaj bolą wspomnienia o tych co umierali, czasem na jej rękach.
Barbara Piotrowska Gancarczyk i jej nieodłączna przyjaciółka Janka Gruszczyńska Jasiak dowiedziały się, że podczas przebijania się ze Starówki do Śródmieścia,  wielu ich rannych kolegów z Batalionu „Wigry” , zostało w ruinach przy Bielańskiej. Nie wahały się ani chwili… Szły, czołgały się pod nieustającym ostrzałem. Kiedy dotarły do ostatniej powstańczej placówki przy Daniłowiczowskiej, dowiedziały się, że dalej to już tylko Niemcy i na pewno pozostawieni ranni. Spojrzały sobie w oczy i  czołgały się dalej… najpierw maleńka barykada, wąskie piwniczne okienko, piwnica, podwórko i kupy gruzu. Na jednej z nich leżał Edward Kuminek „Kański”. Był bardzo ciężko ranny, wyglądał na nieprzytomnego. Kiedy udało im się doczołgać, nie otwierając oczu powiedział: - A jednak przyszłyście. Myślałem, że już mnie nikt stąd nie zabierze. Basia na całe życie zapamiętała te słowa. Ile było w nich wiary i nadziei, jak bardzo musiał im ufać, skoro czekał. Droga powrotna była jeszcze trudniejsza. Trzeba było ją pokonać z ciężko rannym na noszach. Traciły siły i przytomność, ale przetransportowały go do szpitala przy Długiej7.
Wiedziały, że ich obowiązkiem jest ratowanie rannych, bez względu na to kim byli…

Do szpitala przy ulicy Śmiałej, gdzie służbę pełniła Janeczka Gutowska Rożecka przyniesiono rannego Niemca. Był zwykłym przerażonym człowiekiem, szeregowcem, miał dwa metry wysokości i ważył ponad sto kilogramów. Trzeba było zmontować dla niego specjalne łóżko. Janeczka opiekowała się nim, tak jak każdym innym rannym. Starała się nie myśleć, że to Niemiec. Okazał się przyzwoitym człowiekiem, wdzięcznym za uratowanie życia. Jadł bardzo mało, nie brał papierosów, przynoszonych dla rannych. Mówił, żeby zostały dla Powstańców.
Janina Chmielińska była sanitariuszką na Czerniakowie. Razem z koleżankami wyciągała  rannych dosłownie spod kul. Któregoś dnia doczołgała się do bardzo ciężko rannego. Chciała go unieść, ale on mówił coś bardzo niewyraźnie. Schyliła się, żeby usłyszeć i sparaliżowało ją. To był Niemiec, wysyczał jej do ucha: „Banditen. Partisanen”. Ręce jej drżały, zawahała się czy mu pomóc… Pomogła. Wiedziała, ze jest tutaj po to, żeby ratować rannych, to jej obowiązek.
Wiele razy musiały podejmować decyzje, które ciążą im do dzisiaj. Halina Jędrzejewska ps. Sławka z niewyobrażalną determinacją ratowała  ciężko rannego kolegę „Mściwoja”. Leżał w bardzo niebezpiecznym miejscu. Podczołgała się i z trudem przeciągnęła go pod mur. Koledzy pomagali jej transportować rannego do szpitala. Kiedy również oni zostali ranni, „nakłoniła” do pomocy przypadkowych mężczyzn, strasząc ich swoim niewielkim pistolecikiem. Mściwoj” zmarł na stole operacyjnym. Wtedy usłyszała od dowódcy, że najpierw trzeba ratować najlżej rannych. Mają większe szanse na przeżycie. Jakże trudne były to decyzje, kogo ratować, a kogo zostawić…  Czas nie wyciszył natrętnych myśli, wracają wspomnienia o tych, którym nie można było pomóc…
Wierne były do końca… Po pacyfikacji przez Niemców szpitala, ostatnimi żywymi Polakami wychodzącymi stamtąd, były dwie sanitariuszki i ksiądz – Barbara Piotrowska, Janina Gruszczyńska i ks. Tomasz Rostaworowski. Szły nieprzytomne z rozpaczy, ale ciągle gotowe do pomocy. Janka na własnych plecach wyniosła z Warszawy ciężko rannego „Ikara” Jerzego Szymańskiego. Uratowała mu życie.

poniedziałek, 2 maja 2016

34. A na tej fladze biel jest i czerwień





3 maja 1792 roku, w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja kobiety ubrały białe suknie i przepasały je czerwonymi wstęgami.  Mężczyźni nałożyli biało – czerwone szarfy. Kolory nawiązywały do heraldyki Królestwa Polskiego – białego orła na czerwonej tarczy. Od tego wydarzenia uważano, że są to barwy narodowe, chociaż oficjalnie uznano je dopiero w 1831roku uchwałą sejmu Królestwa Polskiego. Biało – czerwona flaga jest symbolem państwowym od 1919 roku.
Biel i czerwień towarzyszyły walce o naszą niepodległość. Wielu Polaków oddało życie, za kawałek biało - czerwonego płótna. Kiedy w 1939 roku rozpoczęła się okupacja Niemcy zakazali używania symboli narodowych. Posługiwanie się nimi czy choćby posiadanie ich groziło śmiercią, wywózką na roboty czy do obozu koncentracyjnego.  Polków nie udało się zastraszyć ogromnym terrorem - w każde narodowe święta pojawiały się biało – czerwone flagi. Najczęściej rozwieszali je najmłodsi, działający w małym sabotażu.
Stefan Popławski „Stefcio” w maju 1942 roku pierwszy raz  zatknął na parkanie trzy małe, biało – czerwone chorągiewki. Zrobił je ze znalezionych w rzeczach zmarłej siostrzyczki arkuszy białego i czerwonego papieru . W Szarych Szeregach razem z kolegami rozwieszał flagi na 11 listopada 1942 roku i 3 Maja 1943 roku. W czasie pierwszej akcji jego zadaniem było zrywanie niemieckich flag i malowanie farbą na murach biało – czerwonych symboli. Kiedy wrócił do domu jedną dłoń miał ubrudzoną farbą, której nie sposób było zmyć.  Następnego dnia 11 listopada miał już wychodzić , gosposia zawołała go do kuchni i dokładnie zabandażowała jego brudną dłoń. Wiedziała, że gdyby Niemcy zobaczyli, nie mieliby wątpliwości skąd ta farba. Całe miasto było biało – czerwone. Gosposia Katarzyna zwana Tosią, zawsze stroniła od konspiracji. Wiele razy mówiła, że walczy wojsko, a nie kobiety i dzieci… W lipcu 1944 roku wszedł niespodziewanie do jej pokoju, w koszyku z włóczką było dużo biało – czerwonych opasek, bez wątpienia uszytych przez nią.
1 sierpnia kiedy dowódca poinformował go, że będzie łącznikiem,  założył mu na rękę biało – czerwoną opaskę. „Stefcio” zdjął ją pocałował i przyłożył do serca. Kiedy mi to opowiadał ponad 71 lat później, po polikach płynęły mu łzy. Jego przyjaciel roznosił pocztę. Trafił go snajper.  Sanitariuszka  przyniosła umierającego chłopaka. Jego opaska była przesiąknięta krwią. Nie mógł już mówić, ale dotknął ją i z ruchu ust Stefan wyczytał „mama”.  Wyniósł ją z Warszawy ukrytą w podwójnym kołnierzu swetra. W grudniu 1945 roku oddal ją matce kolegi.
Wiele kobiet, podobnie jak Tosia, szyło opaski, flagi, chorągiewki. Same nie działały w konspiracji, ale były matkami, żonami, siostrami, żołnierzy podziemnej polskiej armii. Na zapleczu wspierały i wykonywały prace pomocnicze. Zofia Pocztarska „dobry duch” konspiracyjnej rodziny, działała w Caritasie w kościele przy ulicy Gdańskiej. Jej syn Sławomir, wiedział, że mama szyła też flagi i opaski. Sam dział w małym sabotażu i wielokrotnie rozwieszał i malował narodowe symbole.
Dla Witolda Kieżuna najbardziej wzruszającym momentem pierwszego dnia Powstania było odebranie biało – czerwonych opasek i flagi rozwieszane przez ludność cywilną. Wyciągali je gdzieś z zakamarków, ukrywane przez całą okupację.
Kiedy po kapitulacji musieli opuścić Warszawę, nie chcieli się rozstawać z opaskami. Niektórzy pozostawiali w ukryciu, z nadzieją, że  zabiorą po powrocie. Maria Czapska Pajzderska wyszła z miasta z opaską w bucie. To była jej najcenniejsza rzecz. Cały majątek zabrany z Warszawy.
Najbardziej znana i znienawidzona przez Niemców flaga powiewającą nad walczącą Warszawą, zawisła na najwyższym warszawskim budynku, Prudentialu.  Uszyły ją Hanna Pohoska i Maria Zurn „Ryska”. Wykorzystały do tego białe prześcieradło i czerwoną poszwę. Pierwszego sierpnia budynek został zdobyty przez batalion „Kiliński”. Żołnierze i „Ryska” wnieśli flagę na samą górę, zatknął ją chory na astmę Jerzy Frymus ps. Garbaty.

niedziela, 1 maja 2016

33. O moim pisaniu

Moje pisanie, to wszystko czym żyje!





Piszę bo to moja miłość, pasja, powołanie. Panaceum na wszystkie dobre i złe strony życia.
Pisałam od dziecka, kiedy było mi smutno i radośnie. Kiedy zachwyt był tak wielki, że zwyczajne słowa nie były w stanie tego wyrazić. Na kartki papieru przelewałam swój ból i smutek.
Mieszkałam w „raju”. Wielki ogród, jaśminy, bzy, akacje, brzozy, staw… Długie niedzielne spacery z Najważniejszym Człowiekiem. Uczył mnie zachwytu nad każdym źdźbłem trawy, śpiewem ptaków, deszczem, słońcem… Uczył mnie patrzeć, kochać i cieszyć się. Każdy rzeczownik musiał mieć swój przymiotnik  - cudny, piękny, zachwycający, niepowtarzany…
Zaczęłam pisać wiersze. Nikt ich nie czytał, ich żywot kończył się w mojej szufladzie, a potem w koszu na śmieci. Miały być moim radzeniem sobie z emocjami.
W szkole okazało się, że piszę dobre wypracowania.  Jak każdy uczeń, czasem zapominałam o zadaniach domowych…
Polonistka rzadko sprawdzała prace domowe. Na początku lekcji wybrane przez nią osoby, czytały wypracowania. Padło na mnie, a w zeszycie pusta strona. Dzielnie wstałam i przeczytałam. Dopiero kiedy skończyłam, zorientowałam się, ze stała za moimi plecami. Wróciła do biurka i zaczęła bić mi brawo. Nikt nie wiedział dlaczego. Po lekcji podeszłam do niej, żeby przeprosić. Powiedziała: - Na jutro napisz. Może do tego czasu ochłonę, bo to było spore przeżycie.
Kiedy zaczęłam czytać prawdziwą, piękną literaturę, przestałam pisać. Było mi wstyd za to moje marne pisanie. Studiowałam dziennikarstwo, ale unikałam  wszelkich pracowni szlifujących słowo pisane. Powtarzałam sobie – pisać mnie już nikt nie nauczy.
Przed prawdziwą miłością i powołaniem nie ucieknie człowiek. Dopadło mnie i już żyć bez tego nie mogę. Zdarza mi się budzić w nocy  siadać do komputera,  w zatłoczonym tramwaju zapisywać na chusteczkach higienicznych…
Komputer to mój warsztat pracy, ale nie mogłabym funkcjonować bez zapisanych karteczek. Moje biurko tonie w skrawkach papieru. Zapisuję ważne myśli, zasłyszane słowa, numery telefonów, wiadomości… Kiedy papiery uniemożliwiają funkcjonowanie, wyrzucam do kosza na śmieci. Opróżniam go kiedy już żadna siła nie jest w stanie wepchnąć najmniejszego skrawka. Wcale nie wynika to z mojego umiłowania bałaganu, ale z przezorności. W poszukiwaniu bezcennej wiadomości zdarzało mi się spędzić wieczór przy koszu na śmieci i rozwijaniu pogniecionych karteluszek. Nigdzie tak dobrze mi się nie pracuje jak w moim pokoju z wszechobecnymi notatkami, książkami, kalendarzami, długopisami i kwiatami.
Nie mam wątpliwości, ze resztę życia poświęcę na pisanie. Chyba nie ma nic złego w tym, że chciałabym  „trafić pod strzechy”, ale największe szczęście daje mi samo pisanie. Nie byłoby go gdyby nie…  ludzie.