środa, 15 lutego 2017

161."Wymykała się stereotypom i łamała konwenanse" - wspomnienie o Róży Nowotnej Walcowej w 95 rocznicę urodzin.

 Ostatnie urodziny Pani Róży, 15 lutego 2015 roku. Spośród wszystkich pięknych zdjęć Pani Róży najbardziej zachwycają mnie te z kwiatami!
 Zdjęcie Róży z czasów okupacji
 Róża w dzieciństwie
90 urodziny Pani Róży

Przypada dzisiaj 95 rocznica urodzin Róży Nowotnej Walcowej. Nigdy nie poznałam jej osobiście. Spisane wspomnienia Róży i jej męża Jana, ich najbliższej rodziny, nagrania rozmów, dokumenty i zdjęcia, udostępniły mi jej córka Anna Ciosek i wnuczka Ewa Ciosek.
Pradziadowie Róży wywodzili się z Litwy. Dziadek po powstaniu styczniowym, żeby uniknąć represji musiał opuścić rodzinne strony. Zmienił nazwisko na Nowotny, tak nazywał się jego rządca. Osiadł w okolicach Tarnowa i tam urodził się Gustaw, ojciec Róży, późniejszy wybitny lekarz. Zajmował się nowatorskimi metodami leczenia gruźlicy. Fama głosiła, że Michał Choromański napisał „Zazdrość i medycynę” po pobycie na oddziale doktora Gustawa Nowotnego, a doktor Tamten miał jego cechy i charakter.
Róża urodziła się 15 lutego 1922 roku w Zakopanem. Na chrzcie nadano jej imiona Róża Maria. Pomimo, że w dokumentach zapisano omyłkowo Maria Róża, zawsze posługiwała się imieniem Róża. Jej ojcem chrzestnym był generał Józef Haller. Przyjaciel rodziny i partner od kart jej babki.
Chętnie we wspomnieniach wracała do miejsc związanych z jej dzieciństwem. Zakopane, gdzie jej ojciec mieszkał i pracował w tamtejszym szpitalu. Kraków mieszkała tam z mamą. Trzylatków koło Grójca,  majątek ciotki, w którym spędzała wakacje.
Dużo starszy od niej brat Gustaw rozmiłował ją w górskich wędrówkach. Pierwszy raz poszła z nim na szlak mając osiem lat. W 1939 roku, w wieku 17 lat zdała maturę. Chciała pójść w ślady ojca i brata i tak jak oni zostać lekarzem. Jednak nie dostała rodzicielskiej zgody. Ojciec znając codzienność tego zawodu uważał, że dla kobiety to zbyt ciężka praca. Uległa rodzinie i po wakacjach miała rozpocząć studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim.
Wszelkie plany zmieniła wojna i paradoksalnie pozwoliła realizować marzenia Róży. W 1941 roku została studentką tajnej medycyny. Jeszcze zdążyła napisać o tym ojcu. Gustaw Nowotny poszukiwany przez Niemców, został zatrzymany i wywieziony do Dachau, tam zginął. Róża napisała, że to on w niej rozbudził tę pasję, potem chciał, żeby zajmowała się domem i podlewała kwiatki, a ona jednak pójdzie za swoimi marzeniami. Zrozumiał i  pogodził się z tym.
Na studiach poznała Jana Walca, swojego przyszłego męża. W Powstaniu oboje pełnili służbę w szpitalu przy ulicy Poznańskiej, przeniesionym ze Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi. Jak wszyscy Powstańcy, przeżywała momenty tragiczne, jak choćby pierwsza śmierć kolegi Andrzeja, młodego sanitariusza i jego pogrzeb. Kiedy przybywało rannych pracowała bez wytchnienia i podobnie jak cały personel ze zmęczenia padała na twarz. Były też momenty wzruszeń, jak choćby pierwsze nabożeństwo powstańcze odprawiane na terenie mleczarni i wspólnie zaśpiewany hymn „Boże coś Polskę”. Wytchnieniem był czasem koncert Fogga przy Kruczej.
Róża zapamiętała wizytę Anny Żeromskiej, żony Stefana i ich córki Moniki, z którą dobrze się znały. Starsza z pań miała na sobie zupełnie porwane ubranie. Róża znalazła jakieś swoje rzeczy i oddała kobiecie. Zanim się zorientowała, pani Anna pocałowała ją w rękę.
W czasie Powstania Róża przeżyła swój wielki i ważny dzień. 12 sierpnia 1944 roku w kaplicy Sióstr Rodziny Maryi przy Hożej odbył się jej ślub z Janem Walcem.
Po kapitulacji nie było czasu na rozpacz. Trzeba było zadbać o pacjentów, przygotować do ewakuacji, zniszczyć dokumenty, które nie powinny dostać się w ręce Niemców. Na samym końcu szpital opuszczał personel. W drodze do Brwinowa nie obyło się bez problemów. Po tylu dniach Powstania, przeżyciach związanych z kapitulacją i ewakuacją, trudno było o optymizm. Właśnie wtedy dotarła wiadomość, że jej brat Gustaw został ojcem. Życie toczyło się dalej…
W maju 1945 roku razem z mężem wróciła do Warszawy. Kontynuowała studia medyczne, które ukończyła w 1947 roku. Swoją pierwszą pracę podjęła w Klinice Chorób Wewnętrznych Szpitala Dzieciątka Jezus.  Do 90 roku życia czynnie pracowała w zawodzie. Była cenionym i szanowanym lekarzem, dobrym i skromnym człowiekiem. Aktywnie działała w opozycji demokratycznej. Jak powiedziała jej wnuczka Ewa: „Wymykała się stereotypom i łamała konwenanse”. Zmarła 12 lipca 2015 roku.
 Pamiętajmy o Pani Marii Róży Nowotnej Walcowej. Tacy ludzie muszą pozostać w naszej pamięci!


wtorek, 14 lutego 2017

160. Z młodej piersi się wyrwało...

 Halina i Edmund Baranowscy
Róża i Jan Walcowie
 Halina i Tadeusz Jędrzejewscy
 Andrzej Malinowski
 Dedykacja Andrzeja "Włodka" na zdjęciu podarowanym Uli Kurkowskiej
Marysia Czapska i Łukasz Tański

14 lutego obchodzimy 75 rocznicę powstania Armii Krajowej. Pamiętamy o żołnierzach tej największej podziemnej armii okupowanej Europy, o ich bohaterstwie i ofiarach. Często byli to młodzi ludzie, którym wojna i okupacja zabrała możliwość normalnego życia. Zamiast szaleństw młodości była konspiracja, tajne komplety, akcje, ćwiczenia wojskowe. Czasem, zupełnie przypadkiem, na konspiracyjnym spotkaniu czy tajnych kompletach chłopak spojrzał dziewczynie w oczy i usłyszał bicie jej serca. Odprowadził ją, a ona ze strachem myślała, czy on zdąży dotrzeć do domu przed godziną policyjną. Tak rodziła się miłość, która dodawała siły, pozwalała przetrwać najtrudniejsze momenty. Była maleńką krainą szczęśliwości. Zakochani wierzyli, że będą żyli długo i szczęśliwie. Doczekają końca okupacji, Powstania. Los pisał różne scenariusze. Niejednokrotnie były to tragedie, w których miłość przegrywała…

Okupacja trwała już czwarty rok. Szalał niemiecki terror. Nie trzeba było wychodzić z domu, żeby zostać zatrzymanym, a potem zamordowanym w ulicznej egzekucji. Każda minuta życia mogła być tą ostatnią. Ula Kurkowska jakby nie widziała tego co dzieje się dookoła. Tak bardzo chciało jej się żyć i uśmiechać. Była zakochana i kochana. Andrzej Malinowski „Włodek”  był z „Zośki”. Imponował jej inteligencją i wiedzą. Studiował tajną medycynę. Zawsze mieli o czym rozmawiać. Lubiła go słuchać i na niego patrzeć, był taki przystojny. Chcieli być razem na zawsze. Mieli tyle wspólnych planów. Zaręczyli się. Włodek kupił obrączki w sklepie u Kuleszy. Podobało im się ogłoszenie przeczytane w gazecie: „Obrączki od Kuleszy gwarantują długie życie w małżeństwie”.
13 lipca 1944 roku „Włodek” jechał konspiracyjnym samochodem. Prowadził go jego podwładny. Zatrzymała ich niemiecka żandarmeria. Przy sprawdzaniu dokumentów kierowca omyłkowo podał informację, która ich zdekonspirowała. Jedynym ratunkiem dla nich mogła być ucieczka. Kierowcy udało się zgubić pościg. Włodka dosięgły kule. Jeszcze chwilę uciekał, ale nie dał rady. Ścigający żandarmi dobili go. Świadek całej tragedii opowiedział Uli, że zanim go dopadli zniszczył i zjadł papiery, które miał przy sobie. Wiedziała, że było tam również jej zdjęcie. Być może niszcząc je uratował Uli życie. Przez zakład fotograficzny, którego adres był na odwrocie, mogli dotrzeć do niej.
Idąc do Powstania wzięła najdroższe pamiątki po Włodku. Zdjęcie z dedykacją, kosmyk włosów z zakrzepłą krwią i listy. Wchodząc do kanałów musiała zostawić swój niewielki bagaż. Do kieszeni panterki włożyła małą paczuszkę z tym, co zostało po Włodku. Przeszły z nią cały powstańczy szlak. Są z nią do dzisiaj, na palcu ma obrączkę podarowaną przez Włodka, a on ciągle  żyje w jej sercu.
Marysia Czapska leżała z postrzałową raną nogi. Wystrzelił sten pokazywany jej przez Janka Sima. Długo była unieruchomiona. Każdego dnia przychodził Łukasz Tański. Robił jej śniadanie, czytał książki, dużo rozmawiali. Zawsze był kiedy go potrzebowała. Czy to była przyjaźń, czy początek miłości? Nie było im dane przekonać się. Łukasz wynajmował mieszkanie przy ulicy Zajączka. Weszli tam Niemcy. Znaleźli dwie kenkarty – prawdziwą i fałszywą. Zabrali go na Pawiak. Krótko przed Powstaniem zapakowali razem z innymi więźniami do pociągu towarowego. Drzwi zaryglowali. Podpalili na bocznicy w okolicach Skierniewic. Marysia nie chce do tego wracać. Po tylu latach trudno zastanawiać się czy to była przyjaźń czy miłość. Ciągle boli…
Róża Nowotna i Janek Walc poznali się na tajnej medycynie. Zaczęło się od wspólnej pasji i przyjaźni. Pod koniec okupacji byli już parą. Myśleli o wspólnej przyszłości, ale odkładali to na lepsze czasy. W Powstaniu pełnili służbę w tym samym szpitalu przy Poznańskiej. W pierwszych dniach walk, kiedy śmierć zaczynała zbierać pierwsze żniwo, brat Róży Gustaw i komendant szpitala, chcąc zmienić powszechnie panujący nastrój przygnębienia,  postanowili zorganizować młodym ślub.
Problemem były nie tylko warunki powstańcze, ale religia. Róża była wyznania rzymsko – katolickiego, a Janek kalwińskiego. Sprawdziło się powiedzenie: „Dla prawdziwej miłości przeszkód nie ma”. Udało się znaleźć duchownego, który miał prawo wydać odpowiednie pozwolenie. Lokatorka sąsiadującego ze szpitalem domu udostępniła im łazienkę, mogli się umyć.
12 sierpnia 1944 roku w kaplicy Sióstr Rodziny Maryi przy Hożej, odbył się pierwszy powstańczy ślub w Śródmieściu. Panna Młoda miała żółtą bluzkę uszytą przed Powstaniem z materiału spadochronowego i ciemną spódnicę. Obrączki mieli z łożysk karabinu maszynowego. Róża dostała ogromny bukiet dalii przyniesiony z pobliskiego ogrodu pomologicznego. Wieczorem było prawdziwe przyjęcie. Zaprzyjaźnione siostry zakonne przygotowały kanapki, na każdej był plasterek kiełbasy i pomidora. Toast za zdrowie Młodej Pary wznoszono lampką wina, które podarowała komenda.
Wiele razy było tragicznie, ocierali się o śmierć, ale doczekali końca wojny. Potem też nie zawsze było łatwo i szczęśliwie, ale we wspólnej miłości przeżyli do 1982 roku, do śmierci Jana.
Halina Dudzik „Sławka” była w patrolu sanitarnym dowódcy batalionu „Miotła”  kapitana Franciszka Mazurkiewicza ps. „Niebora”. 8 sierpnia Powstańcy odpoczywali w fabryce skór Pfeiffera przy ulicy Okopowej. Sławka razem z innymi siedziała na skórach, rozmawiali, ktoś śpiewał, próbowali zapomnieć choć na chwilę o tym co już zdążyli przeżyć i co jeszcze ich czekało. Podszedł do niej „Wszebor” Tadeusz Jędrzejewski i zapytał czy nie chciałaby się napić wody. Zdziwiła się, dookoła były tylko beczki z chemikaliami. Poprosiła, bo pić jej się chciało. Po chwili wrócił niosąc naczynie z mętną i dziwnie pachnącą wodą. Wypiła, nie chciała robić mu przykrości. Bardzo długo rozmawiali o wszystkim, byle nie o wojnie. Na pudełkach od zapałek zapisali swoje numery telefonów. Na wypadek gdyby ich drogi się rozeszły. Od tego dnia byli przyjaciółmi. Wiele razem przeszli w Powstaniu. Po kapitulacji ich drogi rozeszły się. Oddzielono kobiety od mężczyzn. Będąc w obozie systematycznie korespondowali. Wyczekiwała każdego listu od niego. Zrozumiała, że przyjaźń zmieniła się w miłość. Jego obóz wyzwolili Rosjanie, wrócił do Polski. Ona wyjechała do Anglii, tam miała układać sobie życie. Jednak kiedy odnalazł ją list „Wszebora”, zdecydowała się wrócić do kraju.
W 1947 roku wzięli ślub. Przeżyli razem 45 lat. Tadeusz Jędrzejewski zmarł w 1992 roku.
Edmund  i Halina Baranowscy w tym roku będą obchodzili 70 rocznicę ślubu.
Halinkę poznał dzięki swojej koleżance z oddziału, łączniczce Basi. Po przejściu kanałami ze Starówki do Śródmieścia dziewczyna dostała zgodę dowództwa na odwiedzenie rodzinnego domu przy Mokotowskiej. Za przyzwoleniem zabrała ze sobą czwórkę przyjaciół, był z nimi „Jur” Edmund Baranowski. Akurat z dyżuru w szpitalu wróciła młodsza siostra Basi, Halinka. W 1945 roku, po powrocie z obozu, dość szybko wybrał się na Mokotowską. Poszedł z Halinką na spacer. Jak wspomina Edmund Baranowski zaczął się najpiękniejszy okres w jego życiu, a jego najcenniejszą zdobyczą wojenną jest Halinka. Ślub wzięli w 1947 roku.



poniedziałek, 6 lutego 2017

159. Plany i marzenia Witolda Kieżuna w jego 95 Urodziny

Ze spotkania z Profesorem w przededniu jego 95 Urodzin
 Witold Kieżun z żoną Danutą, sanitariuszką "Jolą"
Witold Kieżun na spotkaniu z Janem Pawłem II
6 lutego 1922 roku, w rodzinie znanego wileńskiego lekarza Witolda Kieżuna, urodził się drugi syn, również  Witold. W dzieciństwie dość ciężko chorował. Opiekowała się nim matka Leokadia. Chociaż z wykształcenia była dentystką, zrezygnowała z pracy, żeby zająć się wychowaniem młodszego syna i wspierać męża, który z ogromnym oddaniem wykonywał swój zawód. Powszechnie było wiadomo, że od osób ubogich nigdy nie brał zapłaty. Mały Wituś zamiast bajek słuchał opowieści matki o jej działalności w ruchu niepodległościowym. Kiedy wymawiała słowo „Polska”, to brzmiało jak największa świętość. Pierwszą lekcją patriotyzmu był wierszyk „Kto ty jesteś?”. Nauczono go, że prawdziwą wartość w życiu człowieka ma to co go kształtuje, wzbogaca jego osobowość i charakter: wiara,  muzyka, literatura, sztuka.  Profesor Kieżun chętnie opowiada prawdziwą anegdotkę ze swojego życia: „W naszym domu była pomoc domowa, młoda, 18-letnia dziewczyna z białoruskiej wsi. Przyjaźniła się ze służącą z sąsiedztwa, kiedyś usłyszałem jak jej opowiada: - Nasz panicz to dobry chłopak, ale strasznie durnowaty. Czyta książkę i się śmieje, za chwilę znowu płacze”. Tak reagował na bardzo wcześnie przeczytaną „Trylogię”.
W 1931 roku niespodziewanie zmarł jego starszy brat. Dla ojca była to tak wielka tragedia, że serce nie wytrzymało, odszedł kilka miesięcy później. Młodszemu synowi w posagu zostawił przesłanie: „Pamiętaj, prawdziwy mężczyzna nigdy nie łamie przysięgi”. Leokadia Kieżun została sama z synem. Była silną kobietą, musiała walczyć o godziwe życie dla nich. Wyjechali do Warszawy, zamieszkali na Żoliborzu, ona wróciła do wyuczonego zawodu.
W 1932 roku Witold rozpoczął naukę w Państwowym Gimnazjum im. księcia Józefa Poniatowskiego. Angażował się bardzo aktywnie w życie szkoły, miał swoich przyjaciół i fascynacje. Jednak zawsze największym przyjacielem i podporą była Matka. Do dzisiaj wspomina ją ze wzruszeniem. Najbardziej jest jej wdzięczny, że wychowała go w wierze. Modlitwa nie tylko wzmacniała jego kręgosłup moralny, ale w ciężkich chwilach – których w jego życiu nie brakowało – pozwalała przetrwać.
Witold Kieżun w 1939 roku zdał maturę. Miał mnóstwo planów i marzeń na całe długie życie…
Wczesnym rankiem, 1 września 1939 roku zbudził go alarm przeciwlotniczy. Warszawiacy byli przyzwyczajeni do porannych próbnych alarmów. Wyszedł na balkon i od policjanta dowiedział się, że właśnie zaczęła się wojna. Musiał zmienić wszystkie palny, marzenia odłożyć na później. Po apelu pułkownika Umiastowskiego, razem z kolegami wyszedł z Warszawy. Podróżował samochodem, rowerem, szedł pieszo. Na drogach widział piekło trudne do opisania. Pierwszy raz zetknął się z bestialstwem niemieckich lotników atakujących kolumny uciekającej ludności cywilnej. Umęczony, rozżalony, pragnący robić cokolwiek pożytecznego wracał do Warszawy. Dostał się do niemieckiej niewoli. Udało mu się uciec. Do domu dotarł już po kapitulacji. Przywitała go matka, była zdrowa i cała. Mieszkanie częściowo było zniszczone. Najbardziej ucierpiał gabinet ze sprzętem dentystycznym, źródło ich dochodu. Zaczęła się okupacja, ale Witold znowu miał palny i marzenia…
Nauczył się szklić okna. Z kolegami założyli małe przedsiębiorstwo reklamujące się: „Szybko i tanio, szklenie okien”.
Za zarobione pieniądze wyremontował mieszkanie i kupił sprzęt do gabinetu. Ciągle pracował zarobkowo, ale głowę miał już zaprzątniętą czym innym. Od X 1939 roku zaczął działać w konspiracji. Pierwsze zadanie, które miał wykonać dotyczyło odnalezienia w okolicach Cytadeli, broni ukrytej po podpisaniu kapitulacji. Najtrudniejszy rozkaz jaki dostał, to wykonanie wyroku na konfidencie. Wykonać musiał, ale bardzo ciężko to odchorował. Swoim dowódcom zakomunikował, że podejmie się każdego najtrudniejszego i najbardziej niebezpiecznego zadania, może ryzykować życiem, byle nie musiał strzelać do bezbronnego, nawet jak jest to zdrajca.
Wszyscy czasem się bali, on też. Siły i odwagi dodawała chęć odwetu za tych wszystkich zabitych, zakatowanych, za codzienne upokorzenia, za pozbawienie polskiej nauki i kultury, religii.
Wreszcie 1 sierpnia 1944 roku nadszedł dzień zapłaty za pięć lat upokorzenia, terroru, za zabrane lata młodości, za zniszczone marzenia.
Witold Kieżun był w oddziale do zadań specjalnych w Batalionie „Gustaw – Harnaś”. 2 sierpnia zostali skierowani do wsparcia Batalionu „Kiliński” atakującego Pocztę Główną. Podczas tej akcji, dzięki odwadze, młodzieńczej brawurze i szczęściu, które go nie opuszczało, zdobył dużą ilość broni, amunicji i umundurowania. Wziął też do niewoli kilkunastu jeńców. Dowódca gratulując mu wspaniałego wypadu, zaproponował zmianę pseudonimu. Tak z „Kraka” został „Wypadem”. Potem walczył na Woli, o kościół św. Krzyża, Pałac Staszica, był w Śródmieściu. 23 września1944 roku dowódca AK, gen. Bór – Komorowski odznaczył go orderem Virtuti Militari.
Wychodził z Warszawy z wojskiem. Razem z Sewerynem Krzyżanowskim „Biskupem” udało im się uciec. Dotarł do Krakowa, gdzie odnalazł matkę. Nawiązał kontakt z miejscową AK, wiedział, że walka jeszcze się nie skończyła. Rozpoczął studia na wydziale prawa. Niestety na skutek zdrady został zatrzymany i więziony na Montelupich. Torturowany fizycznie i psychicznie. Stał pod ścianą śmierci, słyszał odbezpieczaną broń. Jak żal było życia ocalonego z Powstania. Komuniści nic z niego nie wydusili, wywieźli go do łagru na obrzeża pustyni Kara – Kum. Przeszedł ciężkie zapalenie płuc, tyfus, dystrofię, świnkę, świerzb oraz beri – beri, skrajną formę awitaminozy. Patrzył jak po kolei umierali jego koledzy, wycieńczeni i powaleni przez najcięższe choroby. Tych, którzy jeszcze próbowali żyć, przy upałach ponad 30stopni pojono wodą z solą. Witold Kieżun przeżył i wrócił do kraju. Zupełnie wyniszczony chorobami znowu miał plany i marzenia. Sens życia wróciła mu „Jola” Danuta Magreczyńska, dzielna i piękna sanitariuszka z Powstania. Tak bardzo był w niej zakochany od pierwszego spotkania. W 1950 roku zostali małżeństwem i razem przeżyli 63 lata. Pani Danuta zmarła w sierpniu 2013 roku.
Profesor Witold Kieżun jest wybitnym ekonomistą. Autorem książek naukowych i pięknych nowel. Kompozytorem wielu utworów muzyki fortepianowej.
Dzisiaj kończy 95 lat. W ostatnim okresie wiele chorował, ale znowu jest w doskonałej formie. Zachwyca intelektem i poczuciem humoru. Bardzo dużo pracuje ze studentami. Ma mnóstwo planów i marzeń. Panie Profesorze dwustu lat! 

O życiu i walce Witold Kieżuna można przeczytać w mojej książce "Powstańcy 44. Bohaterowie i świadkowie".

piątek, 6 stycznia 2017

158.Na 95 urodziny Janiny Rożeckiej "Dory" - wspomnienie jak powaliła sowieckiego oficera.

 Janina Rożecka
 Janina Rożecka
 Janina Rożecka z młodzieżą z Hiszpanii
Janina Rożecka na obchodach w szkole im. Stefanii Sempołowskiej


Janina Rożecka 6 stycznia kończy 95 lat. Każdy kto miał przyjemność poznać ją potwierdzi, że  jej wiek zupełnie nie pasuje do ilości energii, radości życia i poczucia humoru.
Wychowana w domu pełnym miłości. Ojciec, oficer Wojska Polskiego nauczył ją co to jest poczucie honoru i odpowiedzialność. Nigdy nie dowiedział się jak bardzo zaowocowały jego nauki, zamordowany został w Starobielsku. Janeczka od początku okupacji działała w konspiracji, uczyła się i pracowała. Zawsze w trudnych sytuacjach zastanawiała się jakby zachował się ojciec i czy poparłby jej decyzję. W Powstaniu była sanitariuszką w Zgrupowaniu „Żywiciel” na Żoliborzu… O jej okupacyjnej i powstańczej historii pisałam wielokrotnie, również na blogu. Dzisiaj w tak wyjątkowym dniu oddaje głos Janeczce Rożeckiej, opowie mało znany epizod ze swojego powojennego życia…

„Ze szpitala w Komorowie wyjechałam do Zakopanego, zaprosili mnie  znajomi u, których mogłam się zatrzymać i przeczekać do wyzwolenia. Moja mama powtarzała, że tam gdzie się pojawię zawsze coś musi się wydarzyć, przyciągam kompletnie nieprawdopodobne zdarzenia i najczęściej sobie i innym trochę pokomplikuję. Zgadzałam się z nią, ale też wiem, że często bywam współautorką  sytuacji zabawnych. Jestem kombinacją pecha, niepoprawnego optymizmu i poczucia humoru wbrew okolicznościom. W Zakopanem przeżyłam biedę, doznałam ludzkiej życzliwości i stałam się obiektem westchnień czeskiego oficera. Był dowódcą oddziału walczącego w Armii Czerwonej. Dobrze wychowany, szarmancki i jak na warunki frontowe bardzo elegancki. Przekonywał mnie, żebym wstąpiła do jego oddziału. Co ja się  nalawirowałam, żeby wywinąć się i nie narazić się. Wreszcie powiedziałam, że ja jestem Powstańcem z Warszawy i tam wrócić muszę. Poskutkowało, zrozumiał i jeszcze przez ordynansa przysłał takie jedzenie jakiego nie widziałam od lat.
W Warszawie czekała na mnie już mama. Z rodzinnego dobytku niewiele zostało. Kradli Niemcy, Sowieci i szabrownicy. Trzeba było wyremontować dom, obie pracowałyśmy, ale dochód ledwie starczał na jedzenie. Zaproponowano mi pracę w Bydgoszczy, w restauracji „Pod Orłem”.  Duży, doskonale prowadzony, wręcz luksusowy lokal. Zatrudniono mnie jako kelnerkę. Pracowałam od 6.00 rano do 22.00. Padałam na twarz ze zmęczenia, ale  zarabiałam doskonale. Goście mnie lubili i dawali duże napiwki. Początkowo miałam wielkie problemy z obsługą restauracji. Wiedzieli o mnie tylko, że przyjechałam z Warszawy. Patrzyli niechętnie, bo byłam „inna”. Kelnerka znająca języki, grająca na pianinie, nawet inaczej ubrana niż pozostali i do wszystkiego ciesząca się ogromnym szacunkiem i życzliwością właścicieli lokalu. Tak dłużej nie mogłam pracować, poprosiłam współpracowników o rozmowę i w kilku słowach opowiedziałam im o sobie i o biedzie, która mnie tu przygnała. Widziałam w ich oczach wstyd. Od tego dnia wszystko się zmieniło. Zrozumieli, że chleba im nie zabieram, pomagałam we wszystkim i zawsze mogłam liczyć na ich pomoc. Orkiestra specjalnie dla mnie, każdego dnia rozpoczynała granie piosenką „Warszawo ma”.
Miałam bardzo różnych klientów, wielu obsługiwałam systematycznie. Wzbudzali czasem wielką sympatię, czasem smutek i żal, współczucie. To był okres powojenny, ludzie mieli „wypisane” na twarzach swoje losy. Przychodził każdego dnia starszy człowiek bez wątpienia przedwojenna elita. Jadał skromnie i zawsze brakowało mu paru groszy do rachunku. Dopłacałam i jeszcze coś dokładałam do talerza. Na palcu miał sygnet, ja też nosiłam sygnet podarowany przez ojca. Któregoś dnia płacąc rachunek, spojrzał na mnie drwiąco i zapytał: - Od kiedy to kelnerki noszą sygnety. Natychmiast zniknęło moje współczucie i warknęłam: - Odtąd kiedy tacy hrabiowie jak pan czekają, żeby kelnerki dopłacały do rachunku.
Nie spodziewał się takiej riposty, nigdy już nie zjawił się u nas w lokalu.
Do restauracji przychodzili również Rosjanie, najczęściej oficerowie. To był najgorszy rodzaj klientów i najwięcej sprawiali kłopotu. Wszyscy bali się i niechętnie obsługiwali ich stoliki. Nie miałam żadnych oporów, dawałam sobie radę, chociaż na napiwki liczyć nie mogłam. Zdarzali się tacy, którzy wchodzili z workiem pieniędzy, a próbowali wychodzić nie płacąc. Zawsze pili do upadłego. Któregoś dnia przyszedł oficer rosyjski, towarzyszyli mu dwaj polscy oficerowie, na ich twarzach widać było strach. Po obficie zakrapianej kolacji poprosili o rachunek. Wtedy kompletnie pijany czerwonoarmista zaczął krzyczeć, żeby dać mu jeszcze wódki. Widząc, że za chwilę straci przytomność z upojenia, zażądałam najpierw zapłaty. Wstał chwiejąc się na nogach, spojrzał na mnie przekrwionymi, zamglonymi oczami i wrzasnął: „Ty niemiecka dziwko”. Tego było dosyć, przemilczałabym „dziwkę”, ale „niemiecka”, tego darować nie mogłam. Podałam tacę stojącemu obok koledze, dłonie zacisnęłam w pięści i ile miałam sił zaczęłam okładać po tej obrzydliwej, czerwonej gębie. Przewrócił się na stoliki, z których wszystko pospadało i potłukło się. Goście i obsługa zamarli z przerażenia. Nie słyszałam, ale po całym zdarzeniu koledzy opowiedzieli mi, że uspokajano mnie, ale nie było mocy, która mogła mnie zatrzymać. Ktoś zadzwonił do pobliskiej rosyjskiej komendy z informacją, że ich oficer awanturuje się. W ciągu kilku minut przyszedł patrol. Kiedy  zabierali szamocącego się oficera, ciągle wrzeszczał do mnie: -„ubju”. Nie mogłam tego tak zostawić, poszłam razem z nimi. Ludzie patrzyli na mnie z przerażeniem - „wariatka”. Na komendzie nikogo nie pytając o zgodę weszłam do gabinetu komendanta.  Moje stanowcze zachowanie tak zaskakiwało rozmówców, że nie byli w stanie mi się sprzeciwić. Funkcjonariusz przywitał mnie w pięknym, gustownie urządzonym gabinecie. Miał doskonałe maniery, poruszał się jakby szedł po pałacowych podłogach i grzecznie wysłuchał mojej skargi. Wiele razy przeprosił. Następnego dnia miałam dostarczyć rachunek strat, a wszystko zostanie wyrównane. Pomimo ostrzeżeń dobrze mi życzących, rachunek zaniosłam . Za wszystkie szkody zapłacono z nawiązką. Niestety dla mnie zaczął się trudny czas. W lokalu codziennie przesiadywali „smutni panowie”, czułam na każdym kroku ich wzrok. Wreszcie wezwano mnie do Urzędu Bezpieczeństwa. Długo wypytywano o Warszawę, okupację i Powstanie. Kłamałam, kręciłam, robiłam z siebie tchórzliwą cwaniaczkę. Wypuścili, ale „ogon” miałam już bez przerwy. Na opuszczenie Bydgoszczy zdecydowałam się kiedy ponownie wezwano mnie do UB i zaproponowano wyjazd do Paryża, gdzie mogłabym  kontynuować studia medyczne. Zdziwiłam się. Usłyszałam, że wbrew temu co mówię, jestem bardzo odważna, a tacy ludzie są potrzebni.  Pożegnałam  ludzi, którzy w trudnym dla mnie czasie okazali mi wiele serca i życzliwości. Żegnali mnie ze smutkiem, ale miałam świadomość, że i z ulgą”.


Dla Jubilatki życzenia zdrowia i sił do realizacji ciągle nowych planów. 

czwartek, 5 stycznia 2017

157. Odszedł na wieczną wartę Generał Brochwicz Lewiński ps. "Gryf"

 Jeszcze wczoraj wpis w podarowanej przez Pana Generała książce był miłą pamiątką, dzisiaj dla mnie to bezcenny dokument.




Informacja o odejściu ludzi, którzy zostawili ślad w naszym życiu, zawsze przychodzi nie w porę, nigdy nie jesteśmy na nią gotowi. Ze zdziwieniem i szeroko otwartymi oczami zadajemy sobie setki pytań, na które nie dostaniemy już odpowiedzi. Zawsze mamy wyrzuty sumienia, że czegoś zapomnieliśmy zrobić czy powiedzieć… Odszedł od nas Generał Janusz Brochwicz Lewiński. Na stronach bloga żegnam go króciutkim fragmentem swojej książki „Pod okupacją i w Powstaniu. Konspiracyjne wspomnienia”, dla Pana Generała była ona ważna.

Człowiek legenda – Janusz Brochwicz-Lewiński, generał brygady. Można powiedzieć, że oswoił śmierć. Wielokrotnie spotykał się z nią, ale udawało mu się uwolnić z jej uścisku. Pierwszy raz w dniu swoich 19. urodzin, w 1939 roku został skazany na śmierć przez Sowietów. Był podkomendnym Hieronima Dekutowskiego „Zapory” – sławnego, niezłomnego dowódcy oddziałów partyzanckich. Przeszedł do historii Powstania Warszawskiego jako legendarny obrońca Pałacyku Michla… W oflagu w Murnau rozmawiał z Witoldem Pileckim. Po zakończeniu wojny przez 58 lat w Polsce nie było dla niego miejsca, nie mógł tutaj wrócić. Był oficerem Samodzielnej Brygady Spadochronowej w Szkocji i  oficerem wywiadu… brytyjskiego.
Do generała dotarłam dzięki wspólnemu znajomemu i Agnieszce Boguckiej - opiekunce i oddanej przyjaciółce generała, szefowej warszawskiego oddziału Wspólnoty Polskiej. W czasie pierwszej rozmowy telefonicznej drżał mi głos, stałam na baczność, zżerała mnie trema. Ciepły serdeczny głos i wyczuwalna życzliwość mojego rozmówcy trochę mnie ośmieliły. Kiedy powiedziałam mu o swoich obawach, przeszedł na bardzo żartobliwy ton. Na pierwszym spotkaniu oczarował mnie zupełnie. Dawno nie spotkałam tak cudownie pozytywnego człowieka. Piękna polszczyzna, ogromne poczucie humoru, powodowały, że w czasie rozmowy z nim delektowałam się każdym słowem.
Na ścianie w jego mieszkaniu, w ramce za szkłem, wisi mały obrazek Jezusa Miłosiernego „Jezu ufam Tobie”. Szary, bez koloru, posklejany. Chociaż w tym pokoju jest wiele pięknych przedmiotów, które gospodarz otrzymał od różnych ważnych i cenionych osobistości – to właśnie ten niepozorny obrazek jest bezcenny. Najważniejszy dla gospodarza! To dar od matki, Jadwigi Brochwicz-Lewińskiej. Podarowało go swojemu jedynemu synowi, gdy żegnała się z nim w sierpniu 1939 roku. Miał go zawsze chronić. I ochronił. Los nie oszczędzał  Janusza Brochwicza-Lewińskiego. Nieraz tracił wszystko, musiał szukać dla siebie miejsca na Ziemi. Z obrazkiem od matki, włożonym do książeczki wojskowej, nigdy się nie rozstawał! Tak samo jak z przeświadczeniem, że nie można złamać danego słowa. Zdradzić. Donieść. Takie grzechy mogłaby wymazać tylko śmierć.    

  "Trwały przygotowania do Powstania, trudno było zdobyć środki opatrunkowe i leki. Polski pracownik apteki Wendego przy Krakowskim  Przedmieściu 55, poinformował dowództwo o dostawie do magazynów dużej ilości medykamentów dla niemieckich szpitali polowych. Zdecydowano, że przejmiemy cały transport. Przygotowanie i dowodzenie akcją powierzono mnie.
Po dokładnym rozpoznaniu budynku i całej okolicy, przedstawiłem dowództwu plan akcji. Został zatwierdzony. Miała się odbyć 10 lipca, początek o godz. 5.30. Łączniczki po odebraniu od nas dokumentów (osoby biorące udział w akcjach nie mogły mieć przy sobie nic, co mogłoby w razie wpadki albo  śmierci pozwolić zidentyfikować tożsamość) i dostarczeniu broni, poszły na swoje stanowiska obserwacyjne. Apteka była zupełnie niedostępna dla Polaków, chociaż miała w większości polską obsługę. Była doskonale pilnowana. W pobliżu, w dawnym budynku Ministerstwa Spraw Wojskowych stacjonowało około dwóch tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy służb, m.in. policja i lotnicy.
Przy samej aptece zatrzymała się ciężarówka, którą przyjechało ośmiu naszych chłopców w roboczych ubraniach. Podszedłem do apteki. Miałem cywilne ubranie, a w klapie marynarki wpięty znaczek ze swastyką. Zastukałem w okienko. Kiedy przyszedł kierownik, płynnym niemieckim wytłumaczyłem mu, że mój szef ma straszne bóle i potrzebuje natychmiast lekarstwo. Podałem receptę. Przyjrzał się jej i wpuścił mnie do środka. Przystawiłem mu pistolet do głowy i powiedziałem: - Armia Krajowa zabiera towar. Przerażeni, pozostali pracownicy, bez  najmniejszego sprzeciwu wykonywali moje polecenia, usiedli na podłodze. Wpuściłem pozostających do tej pory w samochodzie kolegów. Kiedy kazałem aptekarzowi otworzyć magazyny, zaczął szukać kluczy, tłumacząc, ze nie wie gdzie się podziały. Nie było czasu na szarpaninę, ani czekanie. Wyłamaliśmy zamek i czym prędzej przenieśliśmy wszystko na ciężarówkę.
W czasie trwania akcji, obok samochodu przechodził niemiecki patrol i nic ich nie zdziwiło. Poszli dalej. Wszystko trwało dłużej niż zaplanowaliśmy, ale udało się. Nie użyliśmy broni, nie padł ani jeden strzał. Zdobyty towar zostawiliśmy w tajnym magazynie w piwnicy sklepu warzywnego przy ulicy Poznańskiej.
W akcji wzięło udział 14 żołnierzy Batalionu „Parasol”. Ryzyko było ogromne. Jeden błąd i  wszyscy mogliśmy zginąć. Zdobyte lekarstwa i opatrunki zostały wykorzystane w czasie Powstania".
                                                                                 







poniedziałek, 2 stycznia 2017

156. Żołnierz Batalionu "Zośka", Profesor Tytus Karlikowski kończy 90 lat.

 Tytus Karlikowski "Tytus"
 Tytus Karlikowski, zdjęcie z maja 1944 roku.
Profesor Tytus Karlikowski

Słuchając opowieści prof. Tytusa Karlikowskiego o jego dzieciństwie, o rodzicach, dwóch starszych siostrach, mam wrażenie, że to wszystko działo się tak niedawno…
A przecież urodził się 3 stycznia 1927 roku w Łęczycy, kończy 90 lat i już na stałe wszedł do naszej historii. Zarówno Pan Profesor jak i jego żona, Alicja Karlikowska, zaufali mi i opowiedzieli o swoim życiu. Ich historie opisałam w książce, która ukaże się w czerwcu.
Kilka spotkań zaowocowało piękną znajomością, najpewniej powstanie z naszych rozmów kolejna książka.  Państwo Karlikowscy opowiadając zawsze siedzą naprzeciw siebie. Kiedy jedno z nich wspomina i akurat z pamięci uleci jakaś data, nazwisko, to natychmiast drugie uzupełnia. Widać jak doskonale się znają, ufają sobie i dopełniają się. Pan Tytus to żołnierz, twardy mężczyzna, którego życie nie rozpieszczało.
Walka o wolność wpisana jest w historię jego rodziny. Rodzice poznali się w 1918 roku w Polskiej Organizacji Wojskowej. Wujowie, oficerowie Wojska Polskiego walczyli w 1939 roku, w wojnie obronnej. 1 sierpnia 1944 roku, z jego domu do Powstania wyszło sześć osób.
Tytus Karlikowski od 1937 roku, był bardzo aktywnie działającym harcerzem. We wrześniu 1939 roku zgłosił się do Harcerskiej Służby Łączności, uważając obronę Ojczyzny za swoją powinność.
Działalność konspiracyjną rozpoczął od harcerstwa. Był w pierwszym naborze do małego sabotażu, tam zdobył doświadczenie wykorzystane w późniejszej walce zbrojnej. Należał do pokolenia, które przez okoliczności zostało zmuszone do szybkiego dojrzewania. Marzyła im się walka z bronią w ręku. Jesienią 1942 roku, kiedy „Szare Szeregi” przeszły reorganizację i podzielono harcerzy na grupy wiekowe. Tytus Karlikowski bardzo chciał dołączyć do Grup Szturmowych, ale nie miał ukończonych osiemnastu lat, a wymagano pełnoletności –  był zbyt młody. Odbył wtedy długą rozmowę z hufcowym, Jankiem Bytnarem „Rudym” i Eugeniuszem Koecherem „Kołczanem”, po której został uznany za dojrzałego i odpowiedzialnego. Dopisano mu brakujące lata i skierowano do GS. Po intensywnych szkoleniach wojskowych stał się żołnierzem. Z całą odpowiedzialnością i świadomością na ręce druha Jana Bytnara „Rudego” składał przysięgę – „Przed ofiarą życia nie cofnę się”.
Brał udział w wielu akcjach, o których mówiła cała Warszawa, a dzisiaj opisywane są w podręcznikach szkolnych. Był wśród tych co przygotowywali „Akcję pod Arsenałem”, akcję odbicia Naczelnika „Szarych Szeregów” Floriana Marciniaka.
Po utworzeniu Batalionu „Zośka” walczył w jego szeregach, miał dwa pseudonimy „Tytus” i „Wąż”. Od lata 1943 roku do lata 1944 roku jego sekcyjnym był Krzysztof Kamil Baczyński.
W Powstaniu Warszawskim na jego oczach ginęli koledzy, on miał dużo szczęścia, udawało się.
11 sierpnia razem z kolegami objął pozycje na cmentarzu żydowskim. Około 11.00 rozpoczął się bardzo silny atak niemiecki.  Razem z Mirkiem Szymaniakiem „Wagnerem” i Staśkiem Deczkowskim „Madejskim” obsługiwali karabin maszynowy. Tytus Karlikowski dostał pierwszy. Przykrył go własnym ciałem upadający, ciężko ranny „Wagner” i to jego trafiły wszystkie odłamki, "Tytus" przeżył, stracił oko i miał ciężko poranioną lewą część ciała.
Drugi raz jego szczęście dało o sobie znać 18 sierpnia. Leżał wtedy w szpitalu Batalionu „Zośka” przy ulicy Miodowej. Niemcy zrzucili na budynek bomby. Wszystko się zawaliło, zapadały się podłogi i przewracały ściany przygniatając rannych. Niewielu wtedy przeżyło, zginął tam Janek Romocki „Bonaventura” Jego udało się odkopać, był w strasznym stanie. Ksiądz Tomasz Rostworowski udzielił mu ostatniego namaszczenia. Przeżył. Jeszcze kilka razy ocierał się o śmierć. Ze Starówki kanałami, na własnych plecach przeniosła go sanitariuszka „Dorotka”  zawdzięcza jej życie. Dziewczyna zginęła  dwa tygodnie później ratując innego rannego.
Przebywał w kilku szpitalach, po wojnie poddany intensywnemu leczeniu i rehabilitacji odzyskał siły i zdrowie. W  1946 roku wrócił do Warszawy. Zdał maturę i skończył studia na Wydziale Leśnym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Naukowo zajmował się  inżynierią środowiska, ochroną przeciwpożarową lasu i ochroną środowiska.
Do dzisiaj bardzo aktywnie działa w organizacjach kombatanckich, jest przewodniczącym Środowiska Żołnierzy Batalionu „Zośka”.
Profesor Tytus Karlikowski opowiadał o „Rudym”, „Alku”, Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, dla niego to byli koledzy, a ja wstrzymywałam oddech. Nie chciałam stracić ani jednego słowa z tej opowieści. Rozmawiam ze świadkiem historii znającym osobiście bohaterów, którzy stali się legendą dla następnych pokoleń.

Dla Pana Profesora życzenia zdrowia i pogody ducha na długie lata życia. 

sobota, 31 grudnia 2016

Na Nowy Rok...

Życie jest piękne, zachwycające i zaskakujące. Niestety przynosi też cierpienie. Odchodzą  ludzie bez, których wszystko traci sens, pozostaje ból trudny do ukojenia. Przemijają zdarzenia, które dawały poczucie szczęścia. Znikają rzeczy mające dla nas wartość bezcenną. Grunt usuwa się spod nóg, a przed nami ściana… Wtedy przyjacielem i jednocześnie wrogiem staje się odbicie w lustrze. Zapłakana twarz z podkrążonymi oczami. I bezustanne pytanie – dlaczego?
Tęsknota i bezsilność ma tak ogromną moc, że może najsilniejszego człowieka złamać, zatopić w rozpaczy. A gdyby tak tę wielką destrukcyjną siłę „przerobić”  na pozytywną energię? Wykorzystać do budowania rzeczy dobrych i pozytywnych? Nie tylko my tracimy i cierpimy. Świat jest pełen rozpaczy i cierpienia… Mahatma Ghandi powiedział: „Najlepszą drogą do odnalezienia samego siebie jest zagubienie się w służbie innym”.

Bez żalu żegnam rok, który nie był dla mnie dobry. Wiele straciłam. Odeszli bardzo kochani… Wiele razy zawiedli Ci, którym ufałam. Inni „dokopali” z tchórzostwa i zawiści. Stawałam przed wyborami na które wcale nie byłam gotowa. Rozpacz, problemy i tęsknota przerosły mnie. Zeszłam na  „boczny tor”. Przestałam ufać. Odsunęłam się od ludzi i zaniechałam wszelkiego działania. Coraz bardziej byłam głucha i ślepa na otaczający mnie świat. Przez zapłakane i zapuchnięte oczy widzi się zdecydowanie gorzej…
Nie widziałam tych, dla których ciągle jestem ważna. Ich zatroskanego spojrzenia. Nie rozumiałam ich słów pełnych troski. W mijającym roku wydarzyły się przecież, również rzeczy dobre… Wyszła moja druga książka, a trzecia poszła do wydawnictwa.  Zaczęłam pisać czwartą i ciągle zbieram materiały do następnych. Dzięki wielu życzliwym osobom, w MPW odbyła się piękna promocja.  Od wydania mojej pierwszej książki mija dopiero półtora roku, a doczekałam się już swoich wiernych czytelników i ciągle ich przybywa. Chyba należę do nielicznych, którzy w skrzynkach pocztowych  - nie tylko mailowych – znajdują piękne listy .
 Poznałam wspaniałych ludzi, którzy wnieśli w moje życie wiele nowych i cennych wartości.  W ważnych i trudnych momentach, nigdy nie byłam sama. Smsy, telefony, uściski dłoni, dobre słowo, uśmiech… No i Ci najwierniejsi Przyjaciele – Bohaterowie moich książek. To oni, bez względu na wszystko, czekają na moje telefony, odwiedziny. Martwią się stanem zdrowia i moją kondycją psychiczną. Pocieszają, dokarmiają, ufają i wierzą, że dam radę.

Nowy Rok postaram się przywitać z nową energią i siłą. Skupić się na wyzwaniach, które będą wymagały ode mnie dużo pracy i samozaparcia. Wierzę, że efekt końcowy zadowoli czytelników, że będą mogli przeżyć wiele wzruszeń i emocji.


 Wszystkim  Przyjaciołom,  Czytelnikom i Sympatykom, ale i tym, z którymi niewiele mnie łączy, życzę na Nowy Rok samych pozytywnych myśli. Skupiania się na tym co piękne i wartościowe, na tym co daje siłę i pozytywne myśli. Życzę Wam Miłości, Przyjaźni, Wiary i Nadziei, istniejących wbrew rozsądkowi, rozumowi i logice. To nie truizm – na ziemi jesteśmy przez chwilę, dobrze ją wykorzystajmy!  Drugiej szansy nie dostaniemy! Do „zaczytania”, ale i zobaczenia w lepszym 2017 roku.