poniedziałek, 31 października 2016

152. Listopadowa zaduma






Dni coraz krótsze, zimniejsze i przygnębiająco szare. Porywisty wiatr zrywa ostatnie pozostałe na drzewach liście.
Lubię stać w oknie i obserwować jak wirują w swoim ostatnim tańcu. Listopad rozpoczynam od zadumy i refleksji… Od wspomnienia tych, których już nie ma obok. Odeszli daleko, zostały wspomnienia, zdjęcia, pamiątki. Dawali nam każdego dnia siebie, swoje słowa, miłość, dobre czyny, uśmiechy… Pozostał po nich zasuszony kwiat, lekko utłuczony kubek, spinka do włosów, zapisany skrawek papieru i niedoczytana gazeta...
Przemijanie wpisane jest w nasze życie. Wczesną wiosną, kiedy tylko zima odpuści zaczynam sadzić na balkonie kwiaty. Przez kilka miesięcy mam „rajski ogród”, ogrom barw, kształtów i zapachów. Każdego ranka jeszcze niezupełnie rozbudzona biegnę sprawdzić co się zmieniło. Rozpocząć dzień od zachwytu. Po drzwiach balkonowych, ścianach, kratkach i innych roślinach pnie się powój. Jego kwiaty w kształcie kielichów mają bajeczne kolory, ale kwitną bardzo krótko. Więdną, umierają kiedy tylko dosięgną je promienie słoneczka. Ich cudowna uroda jest tylko dla tych, którzy wcześnie wstają…
Ileż każdego dnia omija nas cudów tego świata. Przegapiamy to co najpiękniejsze i niepowtarzalne. W pogoni za złotym cielcem  - który ma otworzyć drogę do sukcesu, ma być gwarantem udanego życia – tracimy to co najcenniejsze. Nasze własne życie i życie tych, których kochamy! Odkładamy na później, na jutro…
Dano nam tylko jedno życie. Razem z nim w pakiecie dostaliśmy kilka bezcennych darów – Miłość, Przyjaźń, uśmiech, wrażliwość… Czy je przyjmiemy i wykorzystamy? To już nasz wybór.
„Przemija szybko życie, jak potok płynie czas. Za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas” – przypominają nam słowa piosenki. Zanim upłynie nasze własne, zmuszeni jesteśmy pożegnać wiele kochanych osób. Pozostaje z nami pamięć, która  pozwala otulić się dobrymi wspomnieniami.  Przetrwać najgorsze chwile i iść dalej…

środa, 19 października 2016

151. Dziewięćdziesiąte urodziny Pani Haliny Jędrzejewskiej ps. Sławka

 Pani Sławka z moją wnuczką Łucją
 Halina Dudzik Jędrzejewska, zdjęcie z okresu okupacji
Ślubne zdjęcie Haliny i Tadeusza Jędrzejewskich, 1947 rok


Dzisiaj 90 lat kończy Pani Halina Jędrzejewska ps. Sławka. Od 1940 roku związana z konspiracją. W Powstaniu była sanitariuszką. Należała do patrolu sanitarnego przy dowódcy batalionu „Miotła” kap. Franciszka Władysława Mazurkiewicza ps. Niebora.
Dla Pani Sławki życzenia zdrowia i dużo siły do realizacji ciągle nowych wyzwań!
 
Fragment mojej najnowszej książki, której bohaterką jest również dzisiejsza jubilatka…

Pani Halina Jędrzejewska od dawna była dla mnie „twarzą” dziewczyny z Powstania. Czytałam i słuchałam wiele wywiadów z nią, widziałam ją w filmach dokumentalnych. Powiedziano i napisano o niej chyba już wszystko. Czy da mi szansę, żebym i ja opowiedziała jej historię? – zastanawiałam się jadąc na pierwsze z nią spotkanie. Dała.
Spotykamy się w jej rodzinnym mieszkaniu na Ochocie. Tutaj się urodziła i wychowała. W czasie okupacji znajdowali tu schronienie konspiratorzy. Stąd wychodziła do Powstania, po raz ostatni żegnała ojca. Po wojnie mieszkanie odebrano jej rodzinie. W 1976 roku, po śmierci mamy, zaczęła walkę o odzyskanie rodzinnej własności. Gdyby w grę wchodziły  ściany, podłogi, dom w sensie materialnym, to pewnie nie starczyłoby Pani Sławce sił. Jednak chodziło o Dom, o emocje i uczucia, których żaden obcy lokator nie mógł odczuwać i rozumieć. Udało jej się doprowadzić sprawę do końca. Mieszka teraz w domu, który w Powstaniu wchodził w skład Reduty Wawelskiej.
Pani Sławka opowiada, a opowiadać potrafi pięknie: „W tym pokoju stał tak jak teraz stół, wisiała lampa i pod nią odbywały się zajęcia tajnej medycyny. A w tym małym pokoiku, w czasie okupacji mieszkał znajomy pan, okazało się, że  pod tapczanem trzymał granaty…”
I tak w tym niezwykłym mieszkaniu, przy opowieściach niezwykłej gospodyni przeplata się historia i współczesność. Zapach kawy, odgłos stawianych filiżanek, tykanie zegara  z zapachem i odgłosami zdarzeń sprzed ponad siedemdziesięciu laty.
Imię Halina ma wpisane do dowodu, ale w dzieciństwie była Halszką. W czasie okupacji, po złożeniu przysięgi żołnierskiej, przyjęła pseudonim Sławka, który po wojnie zastąpił jej imię.
Rodzice  ucząc miłości do ziemi ojczystej nigdy nie nadużywali słów. Tak żyli i taki dawali przykład, że kiedy Ojczyzna potrzebowała ofiary, była gotowa ją złożyć.
W czasie okupacji swoją konspiracyjną działalność zaczynała od harcerstwa, potem trafiła do Konfederacji Narodu i Armii Krajowej. W Powstaniu  była sanitariuszką w patrolu sanitarnym dowódcy Batalionu „Miotła”, Franciszka Władysława Mazurkiewicza ps. Niebora.  Na Stawkach zginął dowódca, a batalion poniósł tak duże straty, że  praktycznie przestał istnieć. Został odtworzony na Czerniakowie jako kompania „Miotła”. Większość żołnierzy zdolnych do walki weszła w skład batalionu „Czata 49”. Sławka  została sanitariuszką w plutonie „Jerzyki”. Jej szlak powstańczy to Wola, Stare Miasto, Śródmieście – do, którego przeszła kanałami - Czerniaków. W Powstaniu dwukrotnie została odznaczona Krzyżem Walecznych.
Po wojnie studiowała medycynę. Dyplom obroniła w 1952 roku. Cały czas pracowała w Warszawie, w klinice ortopedycznej. W 1947 roku wyszła za mąż za przyjaciela z Powstania Tadeusza Jędrzejewskiego ps. Wszebor.
Zawsze była i jest bardzo aktywna społecznie. Działała w strukturach ZBOWiD. Zajmowała się sprawami socjalnymi i zdrowotnymi koleżanek i kolegów z AK. Nigdy nie brakowało jej odwagi, o słuszną sprawę potrafiła walczyć bez względu na konsekwencje. Po utworzeniu Związku Powstańców Warszawskich działała w zarządzie, nadal zajmowała się sprawami socjalnymi i zdrowotnymi swoich kolegów. Obecnie pełni funkcję wiceprzewodniczącej ZPW.

niedziela, 9 października 2016

150. Dziewięćdziesiąte urodziny Eugeniusza Tyrajskiego

 Pan Eugeniusz podczas naszej pracy nad książką, zdjęcie zrobione w Związku Powstańców Warszawskich przy ulicy Długiej
 Teresa i Eugeniusz Tyrajscy w czasie uroczyści diamentowych godów, przed Katedrą Polową
Po uroczystej Mszy św. Jubilaci składają kwiaty pod pomnikiem Powstania Warszawskiego.


Wczoraj 90 lat ukończył Pan Eugeniusz Tyrajski „Sęk” – harcerz „Szarych Szeregów”, żołnierz AK, Powstaniec Warszawski. Panu Eugeniuszowi dużo zdrowia, pogody ducha, ludzkiej życzliwości. Drogi Przyjacielu, jest Pan dobrem narodowym!

Poznaliśmy się kilka lat temu podczas odsłonięcia pamiątkowej tablicy poświęconej księdzu Wacławowi Karłowiczowi przy ulicy Długiej. Był mroźny styczniowy dzień. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań i uścisk dłoni. Potem kilka razy rozmawialiśmy przez telefon. Do pierwszej dłuższej rozmowy doszło kilka miesięcy później… potem były następne i następne. Zrodziła się między nami wielka sympatia. Pan Eugeniusz potrafi w krótkiej telefonicznej rozmowie rozbawić mnie, pocieszyć i dać porządnego „kopa” do pokonania tego co niemożliwe. Wiem jak bardzo doświadczyło go życie, ile razy tracił „to” co kochał Miłością Wielką, a jednak dalej szedł. Kiedy dzisiaj rano zadzwoniłam do Niego z życzeniami, po raz któryś usłyszałam wierszyk, który dedykuję wszystkim czytającym:
„Nie zawsze widać smutku odbicie
Gdy łzy rzęsiste się leją
Bywa, że w sercu łamie się życie
A usta ciągle się śmieją”
 
Fragment mojej książki „Pod okupacją i w Powstaniu. Konspiracyjne wspomnienia”
 Życie Eugeniusza Tyrajskiego przypomina film sensacyjny z wątkami romantycznymi. Nie brakowało w nim scen dramatycznych. Samemu bohaterowi, czasem trudno o nich mówić, chociaż generalnie życie traktuje z dystansem i humorem. Młody chłopak jestem, dziesięć lat mam… do setki – śmieje się. A kiedy  trzeba wejść po schodach mówi – coraz trudniej się chodzi, bo noga się popsuła, a była taka sprawna. Najtrudniej, ale najchętniej opowiada o miłości swojego życia – swojej dziewczynce – nieżyjącej już żonie Tereni. Łamiącym się głosem, ze łzami w oczach wspomina dwa najpiękniejsze dni ich wspólnego życia… 12 sierpnia 1945 roku - kiedy odbył się ślub Teresy Kuklińskiej ps. „Basia” z batalionu AK „Oaza” i Eugeniusza Tyrajskiego ps. „Sęk” z Pułku AK „Baszta”. Setki kilometrów od kraju, w górskiej scenerii, małego niemieckiego miasteczka Hesji. Przy ołtarzu polowym, na którym oprócz krzyża był orzeł biały, w obecności polskiego księdza, ślubowali sobie miłość i wierność aż po grób. Sześćdziesiąt lat później świętowali  diamentowe gody. 13 sierpnia 2005 roku, w Katedrze Polowej Wojska Polskiego została odprawiona uroczysta Msza św., przewodniczył jej ówczesny ordynariusz polowy ks. biskup Tadeusz Płoski (zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem w 2010 roku). Składając życzenia po wygłoszeniu homilii biskup ukląkł przed jubilatką i ucałował jej rękę. Kilka miesięcy później Teresa Tyrajska przegrała walkę z chorobą… Pozostała w jego sercu, myślach i wspomnieniach. Nie rozstaje się ze zdjęciem żony.
Pewne ukojenie przynosi mu praca. Jako wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich ma bardzo dużo zajęć. Bierze udział w spotkaniach na, których dzieli się, swoimi przeżyciami z czasów okupacji, Powstania i popowstaniowej tułaczki. Do historii podchodzi z przymrużeniem oka. Nie ma wątpliwości, że jedno zdarzenie z przeszłości może mieć wiele „twarzy”, wszystko zależy od opowiadającego. Rozumie to i wcale nie zamierza krytykować , ale sam nie lubi „upiększać”.
Zawsze zapobiegliwy, zbiera i przechowuje ważne dokumenty, ale i „bezwartościowe szpargały”, które z czasem nabierają wartości, dokumentując zdarzenia z ludzkiego życia. Dlatego każda opowiedziana przez pana Eugeniusza historia ma swój dokument.
Uważa, że w życiu miał bardzo dużo szczęścia. Udawało mu się wychodzić z najróżniejszych opresji. Wiele razy życie uratowała mu znajomość języków obcych. To zasługa mojego ojca – mówi.
Spotykamy się w Związku Powstańców Warszawskich przy ulicy Długiej 22. Okna pokoju ,w którym pracujemy wychodzą na Pomnik Powstania Warszawskiego, w którego budowie, przed trzydziestu laty uczestniczył. Był skarbnikiem Komitetu Budowy Pomnika. Ciepły i bardzo pogodny jesienny dzień. Patrzę na brzozę, jej złote liście lekko porusza wiatr. Słyszę śmiech biegających dzieci, głos przewodnika, który opowiada wycieczce szkolnej o Powstaniu. Obok mnie siedzi Eugeniusz Tyrajski, na stole zdjęcia, dokumenty, zapisane kartki, dyktafon. Tyle ciepła i życzliwości jest w jego oczach.
Ten spokój za oknem, nawet ta brzoza… są dzięki takim jak on!

poniedziałek, 3 października 2016

149. Powstańczy kalendarz. Pierwsze dni października

 Maria Czapska Pajzderska ps. Marysia

Autentyczne banknoty z wypłaty ostatniego żołdu w październiku 1944 roku. Własność  Edmunda Baranowskiego. Na banknocie pięćset złotowym podpisy towarzyszy z obozu jenieckiego.


To ostatnia część „Powstańczego kalendarza”. Dzisiaj jeszcze bez komentarza… Dzisiaj szczególnie bez komentarza. Z szacunku dla Powstańców! Ze zrozumieniem do ich bólu, który pomimo upływu lat, powraca w pierwszych dniach października. CISZA!

Maria Czapska Pajzderska ps. Marysia
Trzeciego albo czwartego października poszłam na Wilczą… domu nie było, został spalony. W ruinach piwnicy znalazłam buty. Były męskie i zdecydowanie za duże, ale buty. Była ze mną Basia Roszkowska, która wybrała obóz jeniecki, miałyśmy się rozstać. W jej mieszkaniu  znalazłyśmy dla mnie ubranie.  Z miasta wychodziłam z trzema kolegami, jednego nie znałam. Niewiele pamiętam z tej pieszej wędrówki, żadnych szczegółów. Wiem, że był tłum ludzi, ale tego też nie pamiętam. Wzrok miałam wlepiony w stopy. Bałam się, bardzo się bałam spojrzeć. W tym morzu ruin każde miejsce coś mi musiało przypomnieć. Szliśmy w kierunku dworca zachodniego. Legitymację powstańczą ukryłam w bucie. Doszliśmy do wagonów, takich jak do transportu węgla. Staliśmy oparci o lewą burtę wagonu… Do każdego bardzo ciasno upychano ludzi. Pociąg ruszył. Coś we mnie pękło – opuszczałam moją Warszawę. Potem to już wszystko było nieprawdziwe. Mijaliśmy jakieś tereny, trawa była zielona. Biegały wesołe i czyste dzieci – to nie mogła być prawda. W Ursusie na stacji pociąg zatrzymał się na chwilkę, któryś z kolegów powiedział: - Skaczemy! Byliśmy pierwszymi skaczącymi, później następni. Ten mój skok, to dowód na to,  że nie ma rzeczy niemożliwych. Zupełnie nie wiem, jak sobie z tym poradziłam. Zaczęła się strzelanina. Trzeba było wejść na przeciwległy peron, przebiec za furtkę – tam były zarośla. Biegliśmy. Ktoś nas zatrzymał. Zaprosił do domu, nakarmił…

Edmund Baranowski ps. Jur
5 października na rogu Marszałkowskiej i Wspólnej złożyliśmy broń ciężką. Broń lekką tak jak wszyscy koledzy oddawaliśmy wychodząc z miasta. Swój pistolet zostawiłem przy alei Niepodległości 243. Robiłem to z wielkim żalem. Szliśmy przez Ochotę i Wolę do Ożarowa. Warszawa żegnała nas brzydką, pochmurną pogodą. Kiedy doszliśmy do terenów podmiejskich  wzdłuż drogi stali ludzie rzucający nam pomidory, jabłka, cebulę. Po zapadnięciu zmierzchu kilku odważnych uciekło. Najczęściej byli to ci, którzy mieli w okolicy rodzinę lub znajomych.
W Ożarowie umieszczono nas w opróżnionej hucie szkła. Spędziliśmy tam dwie doby śpiąc na betonowej podłodze. Tylko raz przynieśli nam jakiś posiłek, ale nie starczyło dla wszystkich.

 Bogna Zachert – Okrzanowska
 Babcia i stryjenka z dwójką ocalałych dzieci – jedna córka zginęła w Powstaniu -po wyjściu z Warszawy wiezieni byli furmanką do Pruszkowa. Woźnica przekonywał stryjenkę, żeby razem z dziećmi próbowała uciekać, bo jak dotrze do obozu, takiej możliwości już nie będzie miała. W najbardziej dogodnym miejscu zwolnił, a ona z dziećmi zeskoczyła z wozu. Babcia siedziała dalej od nich, nie mogły się porozumieć, dojechała więc furmanką do obozu. Wolno podeszła do bramy, rozejrzała się, płynnie po niemiecku zapytała strażników, jak im się pracuje. Starsza, elegancka dama, pewna siebie, zainteresowana ich pracą i mówiąca piękną niemczyzną, zaskoczyła ich. Nie zareagowali, kiedy grzecznie pożegnała się słowami „Auf wiedersehen” i wyszła. Odnalazła bliskich i razem pojechali do Częstochowy.

Jadwiga Wysocka
Z Warszawy wychodziliśmy jako jedni z ostatnich. Widzieliśmy  Niemców z miotaczami ognia. Po kolei podpalali domy, które choćby częściowo ocalały. Zaprowadzili nas na Dworzec Zachodni. Tatuś zastanawiał się czy nie spróbować ucieczki. Ogromny tłum ludzi trudny do ogarnięcia, robiło się coraz ciemniej… Jednak  zanim się zupełnie ściemniło podjechały samochody, na których były umocowane reflektory. Cała okolica została dokładnie oświetlona i bardzo dokładnie pilnowana. W holu dworcowym stało mnóstwo wózków dziecięcych. Pustych i porzuconych. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Nigdy nie byłam w stanie wymazać z pamięci tego wspomnienia. Zapytałam rodziców: - Gdzie są te wszystkie dzieci? Powiedzieli, że zostały wywiezione. Nie pytałam dokąd!

sobota, 1 października 2016

148. Powstańczy kalendarz. 1-2 października

 Danusia i Marysia Czapaskie
Jadwiga Wysocka z rodzicami i bratem


Tragiczny próg najcięższej decyzji został przekroczony. Nie znajdzie się chyba nikt na świecie, ani w Polsce, ani w Warszawie – kto by ośmielił się powiedzieć, że próg ten przekroczono za wcześnie. Żołnierz Powstania dał z siebie wszystko, co mógłby dać najlepszy żołnierz.
           „Biuletyn Informacyjny”

1 – 2 października 1944 rok, niedziela - poniedziałek
Tymczasowe zawieszenie broni i ewakuacja 8 tys. osób (większość to kobiety i dzieci). Ogólnie ludność pomimo niezwykle ciężkich warunków chce pozostać w mieście tak długo jak Armia Krajowa. Według obliczeń von dem Bacha stolicę miało opuścić w dniach 1 i 2 października, ok. 200-250 tys. osób, tymczasem wyszło ok. 3-4%.
2 października w Ożarowie Mazowieckim toczą się rozmowy w sprawie kapitulacji, kończą się 3 października, około godziny 2.00 w nocy podpisany zostaje honorowy akt o kapitulacji. Przedstawicielami strony polskiej są: Kazimierz Iranek-Osmecki i Zygmunt Dobrowolski, z niemieckiej - Erich von dem Bach. Żołnierze Armii Krajowej zostali uznani przez Niemców za jeńców wojennych, przyznanie zostały im prawa kombatanckie, ludność cywilna miała być natomiast chroniona i traktowana zgodnie z konwencjami wojennymi.

Maria Pajzderska ps. Marysia
2 października rano nie było już wątpliwości. Ogłoszono kapitulację, niewiele pamiętam z tego dnia, tylko tę straszną ciszę. Złowrogą ciszę. Ponurą ciszę.
Musieliśmy zdecydować, czy wychodzimy  z żołnierzami, czy z ludnością cywilną.  Warszawiacy zbyt wiele wycierpieli od Niemców i zbyt wiele widzieli, żeby łatwo uwierzyli w zapewnienia zawarte w umowie kapitulacyjnej: „Z chwilą złożenia broni, żołnierze AK, korzystają ze wszystkich praw konwencji genewskiej z dnia 27 lipca 1929 roku, dotyczących traktowania jeńców wojennych…”. Umowa mówiła też o traktowaniu i ochronie ludności cywilnej: „W stosunku do ludności cywilnej znajdującej się w okresie walk w mieście Warszawie, nie będzie stosowana odpowiedzialność zbiorowa… Żądana przez dowództwo niemieckie ewakuacja ludności cywilnej z miasta Warszawy, zostanie przeprowadzona w czasie i w sposób oszczędzający ludności zbędnych cierpień”.
Bardzo często  brak jakiejkolwiek  informacji o najbliższych i nadzieja, że idąc z ludnością cywilną trafi się na jakiś ślad, odnajdzie najbliższych, decydowały o wyjściu z cywilami. W takiej sytuacji, konieczne było zdobycie cywilnych ubrań. Szukano w piwnicach i w gruzach. Ja też zdecydowałam, że wyjdę z ludnością cywilną. Wygasły we mnie uczucia i zapał, które trzymały nas wszystkich przez te 63 dni. Nie było już „Grażyny”. Na decyzję co robić dalej wiele czasu nie miałam. Myślałam o mamie i Danusi, wiedziałam, że muszę je odnaleźć, wierzyłam, że obie zdrowe i całe są w Komorowie, u siostry mamy. Tylko wyjście z cywilami dawało szansę na znalezienie ich. Wtedy myśl, że nie wychodzę z wojskiem mocno bolała.

Halina Jędrzejewska ps. Sławka
Kiedy doszły nas słuchy o bliskiej kapitulacji, nie chcieliśmy nawet słuchać. Chcieliśmy walczyć do końca. Nie myśleliśmy o głodzie, zmęczeniu, brudzie i czyhającej na każdym kroku śmierci. Nasi koledzy zginęli, a my teraz mamy się poddać…?
Jednak byliśmy wojskiem i to bardzo zdyscyplinowanym. Kiedy przyszedł rozkaz o kapitulacji, wykonaliśmy go.
Po ogłoszeniu kapitulacji mieliśmy oddać broń Niemcom… i oddaliśmy, tę najbardziej zniszczoną. Resztę zakopaliśmy przy ulicy Książęcej.
Dowództwo poinformowało nas, że możemy wyjść albo z wojskiem, albo jako cywile z rodziną. Nie musiałam nawet zastanawiać się. Według wiedzy jaką posiadałam byłam sierotą. Moją rodziną był mój oddział. Wierzyłam, że nic i nikt nas nie rozdzieli.
Edmund Baranowski ps. Jur
W ostatnich dniach września było wiadomo, że to już koniec. Jeszcze przed podpisaniem kapitulacji 30 września spotkaliśmy się z Niemcami na Placu Trzech Krzyży i nastąpiło zawieszenia okresowe zawieszenie broni, kilkugodzinne przerwanie ognia. Zarówno Powstańcy jak i Niemcy patrzyli na siebie ze zdumieniem.
 2 października zakończyło się Powstanie. Został podpisany akt kapitulacji. Stronę polską reprezentowali pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki i podpułkownik Zygmunt Dobrowolski, stronę niemiecką Erich von dem Bach. Odczuwaliśmy żal, ból, rozpacz… Żołnierze i ludność cywilna złożyli tak ogromną ofiarę, a jednak Powstanie upadło. Myśleliśmy o tych, którzy polegli. Płakaliśmy nad ginącą Warszawą. Z drugiej strony czuliśmy ulgę, że nie będzie więcej ofiar.
Wiedzieliśmy, że musimy oddać broń, a bardzo nie chcieliśmy tego robić. Tę lepszą  ze zrzutów zakopaliśmy w kilku miejscach w Śródmieściu.
Każdy przed wyjściem z Warszawy miał wypłacone po 10 dolarów. Dostałem 100 dolarów do podziału z  dziesięcioma kolegami. W takich warunkach trudno było myśleć o rozmienieniu ich tak, żeby każdy dostał swoją część. Poszedłem do znajomego aptekarza, magistra Bukowskiego, który wymienił mi dolary na złotówki. Kolegom oddałem należną im część. Za swój żołd, na działającym bazarze przy ulicy Kruczej kupiłem kurtkę, szalik i trochę słoniny. Było coraz zimniej, a ja miałem tylko mundur strażacki i panterkę.
Jadwiga Wysocka, ludność cywilna
Po podpisaniu kapitulacji ogłoszono, że trzeba będzie opuścić Warszawę. Mama wierzyła, że nas nie wygnają. Miasto zupełnie zniszczone, ani bardziej niszczyć nie trzeba, ani odbudować się nie da.
Jednak na wszelki wypadek rodzice przygotowali dla nas plecaczki, do których włożono najpotrzebniejsze rzeczy, metrykę chrztu i adresy rodziny mieszkającej poza Warszawą. Z resztek otrąb i łoju końskiego mama przygotowała racuszki, które zapakowała do plecaków. W beciku Wandzi ukryte zostały ocalałe kosztowności, pieniądze, ważne dokumenty. Udało się też ukryć spirytus, który mógł być środkiem płatniczym, ale i odkażającym. Byliśmy ubrani w grube płaszcze i ciepłe buty.
Ci, którzy na początku października byli jeszcze w mieście próbowali sobie jakoś organizować życie. Zaczęto nawet gotować obiady.